  |  |  |  |  | Opowiadanie.
 Tego dnia nasza przyjaciółka miała urodziny. Uradziliśmy przy piwie, że przygotujemy dla niej bankiet. Dziewczyna nie ma ani pieniędzy, ani czasu, haruje jak wół, nie zarabia najlepiej.
— Kto zrobi sałatki?
— Ja!
Powiedziałem to, bo po prostu robię niezłe sałatki. Zresztą byłem w świetnej formie, po dłuższym wypoczynku, po urlopie, pełen energii i dobrych chęci. Skąd miałem wiedzieć, że to się TAK skończy?
Najpierw: zrób tu chłopie sałatki na 30 osób!
Kupiłem trzy puszki kukurydzy, dwie puszki fasolki, dwa słoje majonezu, dwie sałaty, cztery ogórki, kilogram pomidorów, pieczarki surowe i marynowane (dwa słoiki), śmietanę, pół kilograma szynki, kabanosy, kartofle sałatkowe, pierś z kurczaka i ser żółty – ementaler – ach ten ementaler! – niebo w gębie – holenderski.
Co zrobiłem, to zrobiłem – obierałem, kroiłem, szatkowałem, mieszałem, próbowałem. Aż w końcu przyszła pora na puszki.
Puszki były z renomowanej firmy, z tej która – wiecie – ma reklamy na okrągło. Te z czarodziejem w czerwonej czapie w gwiazdki.
No więc otwieram puszkę, a tu żaba. Wcale nie żartuję. Prawdziwa, żywa żaba, siedzi w środku i nawet oddycha.
Daję słowo, że nic nie piłem ani nie byłem upalony – umysł jasny, ciało wypoczęte, wzrok dobry. Przykryłem szybko puszkę talerzykiem i poszedłem do łazienki. Obmyłem twarz zimną wodą i popatrzyłem na swoje odbicie w lustrze. Wszystko wydawało się być w najlepszym porządku. Wracam do kuchni, podnoszę talerzyk...
Żaba.
— Dzień dobry.
Żaba mówi!!!
Porwałem puszkę ze stołu i buch! – z wielkim zamachem wyrzuciłem przez okno, daleko do ogrodu.
Roztrzęsiony zapaliłem papierosa. Przestałem się dobrze czuć. Nagle zrobiłem się zmęczony, w głowie mi szumiało, serce waliło jak młot. Jakbyście się poczuli na moim miejscu? Czy kiedykolwiek żywa żaba powiedziała do was "cześć"? Tak, czy inaczej, podobne historie zdarzają się niezwykle rzadko. Matematycznie rzecz ujmując, zdarzają się na tyle rzadko, że właściwie w ogóle się nie zdarzają.
Dlatego nic nie podejrzewając, otworzyłem następną puszkę. Tym razem jednak sprawdziłem jej wagę i potrząsnąłem nią nieufnie. Nic nie wzbudziło moich podejrzeń. Kiedy podniosłem wieczko, papieros wypadł mi z ust.
W puszce siedziała całkiem spora szara mysz i łapkami czyściła sobie nosek. Widząc mnie, przerwała mycie.
— Cześć!
Zamachnąłem się z całych sił i wywaliłem kolejną trefną puszkę z zawartością do ogrodu. Czoło miałem mokre od potu. Zapaliłem następnego papierosa. W pewnym momencie zdałem sobie sprawę, że nerwowo chodzę tam i z powrotem po kuchni. Miałem wszelkie podstawy, aby przypuszczać, że zwariowałem.
To zaczynało być denerwujące. Tym razem już nie przestraszony, za to solidnie wkurzony, złapałem kolejną puszkę z zamiarem rozszarpania własnymi zębami tego, co w niej znajdę.
W środku na maleńkim bujanym fotelu siedział prawdziwy, żywy krasnoludek i spokojnie pykał mikroskopijną fajeczkę. Poczułem delikatny zapach dobrego tytoniu.
— Cześć!
— Cześć — odparłem zrezygnowany. Mimo wszystko znacznie łatwiej nawiązać konwersację z krasnoludkiem niż z żabą.
— Promocja!
— Co "promocja"?
— No, promocję mamy. Magiczne Warzywa „Andronell” mają promocję.
— Czy ty jesteś elementem tej promocji?
— Tak jest. Wygrałeś sitko.
— Sitko?
— Chyba jesteś dziś nie w formie, koleś. Nie wiesz, co to takiego sitko?
— A co jeszcze można wygrać? — poczułem dziwny niepokój.
— Krasnoludek oznacza sitko. Kanarek daje zestaw stalowych rondli. Jeż oznacza komplet noży, ale jeże są tylko w puszkach z ogórkami.
— A mysz?
— Myszy jest mało. Każda mysz daje dwutygodniowe wczasy na Costa Brava dla całej rodziny.
— A niech to wszyscy diabli!
— Tak, stary. Całkiem niezłe wczasy. To niezła wygrana.
— Niech to wszyscy diabli!
— To jeszcze nic. Najważniejsza jest żaba.
— Co daje żaba? — jakoś to wykrztusiłem.
— Żaba, bracie, jest jedna. Trzeba ją pocałować. Jeśli to zrobisz...
No i powiedział.
Trzy miesiące już szukam tej cholernej żaby. Zaglądnąłem pod każdy krzaczek, w każdą norkę, pod każde źdźbło trawy. Wykopałem sadzawkę na środku ogródka i przyniosłem z parku trochę rzęsy wodnej i jakieś zielsko ze stawu. Siedziałem tak przez tydzień.
I nic.
Potem zacząłem szukać dalej. Odwiedziłem chyba wszystkie bajora w okolicy i pocałowałem sto tysięcy żab.
I nic.
Zgłosiłem się z pustą puszką do firmy Magiczne Warzywa „Andronell”. Nic z tego. "Właśnie o to chodzi, żeby nie można było rozpoznać po puszce" – powiedzieli. "Codziennie przychodzi tu dwudziestu takich jak pan" – powiedzieli.
Dali mi na pocieszenie dwie puszki z kukurydzą. W środku była faktycznie kukurydza.
Co robić?
Porzuciłem pracę, nie wracam już do domu. Całymi dniami łażę i szukam. Ludzie się ze mnie śmieją. Nazywają mnie w mieście "żabcia". Towarzystwo opieki nad zwierzętami zgłosiło wniosek do prokuratury, o to, że znęcam się nad żabami. Ja? Znęcam? Jak sobie pomyślę, że jakiś bocian... Nocami dręczą mnie koszmary pełne klekoczących bocianów.
Co daje żaba?
Domyślcie się sami!
Tylko, do cholery, nie myślcie, że chodzi o jakąś pierdoloną księżniczkę!
Marek Soból |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |