
 Niech ksiądz dopowie najśmieszniejsze na końcu
 I oto, szanowni słuchacze, widzowie naszego programu, prenumeratorzy z doświadczeniem, tak jak informowaliśmy w ogłoszeniu, nasza instytucja, nie zdradzając swej tradycji, pracuje dla was tego długiego letniego wieczoru, w tym pół pustym, pół martwym mieście, w którym poszczęściło się wam utknąć, ognie zapalone, muzyka leci i cały personel – od najmłodszego posłańca do najbardziej doświadczonej kurwy – siedzi pod ciężkimi, leniwymi wentylatorami, które rozkręcają pod sufitem swoje śmigła, wszyscy siedzą i przeżywają razem z wami to słodkie, nerwowe przeczucie święta i przygody, które ukrywają się w starych burdelach i melinach tego miasta; stary dobry zestaw radości i depresji dla tych, którzy dociągnęli do końca tygodnia i nie stracili poczucia humoru, dlatego że humor przyda się wam, szanowni telewidzowie, a w tych korytarzach i na tych poddaszach, gdzie prawie nie ma już nienawiści i strachu, gdzie te uczucia dawno i z powodzeniem zamieniono na ubezpieczenie społeczne, bez poczucia humoru po prostu nie dosiedzicie do końca przedstawienia, za które zresztą zapłaciliście swoją uczciwie zarobioną kasę, bez poczucia humoru w ogóle nie macie czego szukać w tej zacisznej sali, w której w ciągu najbliższych kilku godzin ukaże się wam historia niespotykanej namiętności i niebywałej podstępności, gdzie trupy kochanków będą wam padać pod nogi, a pot uczciwej pracy i gorąca krew statystów przelewać się będą tak naturalnie, że zapomnicie o wszystkim na świecie, zapomnicie o własnym sceptycyzmie i cenie biletów, tym bardziej – że nie jest znowu taka wysoka w porównaniu z tym farbowanym szaleństwem, które wyleje się niebawem na wasze głowy, dlatego zajmujcie miejsca, siadajcie i patrzcie, przecież w tym mieście o tej godzinie nie macie zbyt wielu możliwości, lepiej już siedzieć i czekać, licząc, że tym razem, właśnie tym razem – nikt was nie naciągnie.
Zazwyczaj siedzimy tu, póki nas nie zaczną wyganiać, a wyganiać zaczynają nas, kiedy tylko się tu zjawiamy, nikt nie wierzy, że będziemy siedzieć spokojnie, nie tłukąc naczyń i nie prowokując stałych bywalców. Chociażby dlatego że też jesteśmy stałymi bywalcami, do tego jest nas przecież wielu – stałych bywalców tych barów, stołówek, piwiarni w piwnicach, bufetów i fast foodów, tyle lat obserwuję bywalców tych placówek, że mogę w razie czego wystąpić jako oficjalny świadek w procesie sądowym, w którym będą ich oskarżać o zgniliznę i przesyt. W razie czego właśnie ja zdołam przysiąc na wszystkich świętych i dostarczyć bezsprzecznych pisemnych dowodów na to, że na moich oczach, w ciągu nie wiem ilu już lat, miał miejsce proces dorastania, mężnienia i co najważniejsze – proces oświecenia tych bohaterów, chociaż z boku wszystko naprawdę mogło wyglądać na zwyczajną alkoholową orgię. Jednak na podobne zarzuty mogę zawsze powiedzieć wszystkim świętym – szanowni radiosłuchacze, widzowie naszego programu i abonenci z doświadczeniem, być może częściowo nawet macie rację, być może alkoholizm, tak samo jak i oświecenie, jest procesem nieliniowym i pełnym niepojętego wewnętrznego ruchu i dynamiki, ale nawet w tym wypadku – spróbujcie wyobrazić sobie orgię, która z powodzeniem trwa piętnaście lat ciurkiem, nabierając rozmachu, mocy i dramatyzmu, spróbujcie to sobie wyobrazić i jeśli wam się to uda, a nie uda się to wam, wtedy wasze pretensje do stałych bywalców barów i fast foodów mojego miasta uznam za słuszne. Ale skoro wam się to nie uda, to pozwólcie mi mówić właśnie o mężnieniu i oświeceniu, szanowni abonenci z doświadczeniem. Dlatego że oświecenie, nawet jeśli towarzyszą mu stany kacowo-depresyjne, zasługuje na swoją stałość i swoich bywalców. A nawet na więcej.
Świadomie mówię właśnie o nich, dlatego że ich znam najlepiej, pewnego razu, wiele lat temu, wszyscy razem weszliśmy do tych barów i do tych fast foodów, i tak zaczęło się życie. Od tego czasu zmieniały się tylko ceny alkoholu, główni uczestnicy, stali bywalcy, zostawali przy swoich rolach, każdy na swoim miejscu, dlatego mówić o nich mogę bezpośrednio, z przydechem, ciepłem i głęboką nienawiścią. Powiedziałem, że zmieniają się ceny alkoholu, jak się tak naprawdę zmieniały, kto to śledził? Zupełnie nikt, prawdę mówiąc, główni bohaterowie w tym wypadku są o wiele bardziej interesujący niż tło społeczne, a ich improwizacje, dzięki którym przeważnie wszystko trzymało się kupy, ważniejsze niż scenografia wymalowana za ich plecami. Oto on – wielki, rzeczywisty kawał czasu, który został za nimi, który wygryźli od środka, i zostawili szkielet, i im dalej od niego odchodzili, tym większy wydawał się ten trup, ta tusza zabitego i rozszarpanego przez nich czasu, przeżyli go, bardziej się im poszczęściło, nie wszystkim, ale większości z nich, oto oni – moi trzydziestoletni bohaterowie, bandażują rany, zalizują swój syfilis, robią nacięcia na kolbach, szykują się do nowych zwycięskich działań i pomyślnych ofensyw na odcinkach niewidzialnego frontu. Dlatego, drodzy widzowie naszego programu, wy wszyscy – od najmłodszego posłańca do najbardziej doświadczonej kurwy, wstańcie i uczcijcie chwilą swojego kurewskiego milczenia tych, którzy z jakichś powodów nie dożyli końca przedstawienia, wstańcie, gdyż obsługiwanie takich stałych bywalców – to wielki profesjonalny sukces, kiedyś, potem, na starość, jeśli ją będziecie mieli, jeśli uda wam się ją wymodlić u wszystkich swoich świętych, będziecie wspominać młode, mężne twarze, te słodkie, pijane objawienia, tę złośliwość i pełnię przebaczenia, którymi obdarzali swoje niewdzięczne, powolne życie. Będziecie wspominać, jak wzięli to życie za barki i wytrzęśli z niego wszystko, co chcieli, wybili z niego całe łajno, spuścili całą zbędną krew, jak oni – ci pijani trzydziestoletni kapitanowie, bosmani i maci – prowadzili statek życia wprost na rafy i podwodne skały, nie mając żadnych wątpliwości ani co do raf, ani ostatecznego powodzenia.
Nawet nie pytajcie o prawdziwość tego, co widzicie. Wiem, kto pierwszy zaczyna pytać o prawdziwość tego, co widzi; z zasady to ludzie, którzy pracowali w systemie oświaty. No, albo osoby zaangażowane w działania w obywatelskiej sferze życia. Jednym słowem, ci, których pośród stałych bywalców nie było z powodu profesjonalnego zaangażowania. Nie mam wam nic do powiedzenia. Sama konstrukcja rozmowy wedle zasady „pytanie – odpowiedź” wymyślona jest przez ludzi, którzy pracowali w systemie oświaty, ponieważ w taki sposób łatwiej im kontrolować proces wychowania. I tu nie może być punktów przecięcia, dlatego że proces wychowania, inaczej niż proces oświecenia, jest właśnie procesem liniowym i właśnie ta liniowość zabija. Można obwiniać mnie o to, że nie chcę dać odpowiedzi na zadane wprost pytania, można zresztą mówić, że to nie całkiem moralne. Okej, szanowni prenumeratorzy, ale jak można rozmawiać o moralności z człowiekiem, który codziennie czyta gazety, strona po stronie, strona po stronie, a na koniec obowiązkowo stara się rozwiązać krzyżówkę. Ja pasuję, drodzy pracownicy systemu oświaty, pasuję, nawet jeśli przez to spadnie nakład.
I te dzieci ze swoim klejem i ci profesorowie z politechniki, którzy spędzają tu lepszą części semestrów, i te kobiety, które tu umierają, zamiast umierać w domu, i ci taksówkarze, którzy palą, żeby nie pić, i ci bohaterowie wojen, którzynoszą broń, i kieszonkowcy, którzy przychodzą tutaj, wiedząc, że nie mają na co liczyć, i studenci, którzy wynoszą stąd swoich profesorów i niosą ich do audytoriów, żeby ci ich przeegzaminowali, i turyści, którzy trafiają tu przez pomyłkę i już nie chcą wychodzić, i spekulanci, którzy pierwsi zostaną wpuszczeni przez bramę niebios, żeby nie robili skandali, i wszyscy uliczni kryminaliści, którzy jak nikt inny czują, gdzie najbardziej pachnie życiem – za nimi stoi wielkie doświadczenie tego życia, dlatego że oni wiedzą jedną tajemną rzecz, a rzecz ta polega na tym, że oni obejdą się bez życia, a życie bez nich – nie.
I jeśli wy, szanowni słuchacze i widzowie naszego programu, dosiedzieliście do tego miejsca, dam wam przykład. Rzecz w tym, że większość zaproponowanych okoliczności naprawdę was nie dotyczy. W większości wypadków w ogóle nikt wam niczego nie proponuje. Dlatego nie ma czego żałować. I jako przykład chciałbym przytoczyć jedną niezwykle liryczną historię, której, ogólnie rzecz biorąc, można by było nie przytaczać.
Praca zabiera mi zbyt dużo czasu, mówił mi Gabriel, zbyt dużo. Przez to nawet żona ode mnie odeszła, bo przez sen mówiłem do niej technicznymi terminami. Ale nie żałuję. W swojej dziedzinie umiem wszystko. Gdybym miał możliwość – nakręciłbym gwiezdne wojny. Możliwości nie mam i kręcę zamiast tego kronikę kryminalną. Gabriel pracował jako operator w telewizji państwowej. Oprócz tego dużo chałturzył, nieomal filmował wesela, przy czym robił to nie tyle dla kasy, ile z miłości do sztuki. Od czasu do czasu wysyłali go, żeby filmował mecze albo wyłowione z charkowskich rzek trupy, albo konferencje prasowe mera, albo inne gówno, którym tak hojnie wypełniają się niebieskie ekrany. I mer, i trupy wychodziły Gabrielowi plastycznie i przekonująco, za to lubiło go kierownictwo, a kolektyw szanował, o ile to w ogóle możliwe w naszych czasach. Ale ani mer, ani nawet trupy nie mogły w pełni zaspokoić jego artystycznych ambicji i można go było zrozumieć. Dlatego że od pierwszego dnia, kiedy tylko wziął do rąk kamerę, chciał kręcić filmy i ani mer, ani trupy nie mogły mu wystarczyć. Miał setki przyjaciół na mieście, nalewali mu na kredyt w stołówce derżpromu, znał wszystkich, od mera poczynając, a kończąc na piłkarzach Metalista, którzy wychodzili mu nie mniej plastycznie niż trupy, chociaż nie tak przekonująco.
I pewnego razu nasz wspólny znajomy Walunia, który swego czasu też zaczynał od telewizji, zaproponował mu jedną bardzo dziwną rzecz. Pracuję, powiedział, teraz w ratuszu, w kontaktach z ludnością i zwróciła się do nas, powiedział, jedna włoska fundacja dobroczynna. Włosi teraz walczą u siebie z ukraińską prostytucją. Nic im z tego nie wychodzi, rozumiesz? No i zwrócili się do nas o pomoc. Zrobiliśmy już konferencję, przetłumaczyliśmy ich darmową broszurę o możliwych drogach trafiania do włoskich burdeli – à propos broszura cieszy się wielką popularnością – ale nie to jest najważniejsze. Najważniejsze, że oni proponują, żeby nakręcić film! Jak to film? – nie uwierzył Gabriel. Tak to, powiedział Walunia, film, na genderowy temat, do walki z ukraińską prostytucją. Tak że musimy się spotkać.
Spotkali się następnego dnia w bufecie ratusza, konspiracyjnie zamówili mleko i siedli w kącie. Walunia był konkretny i skupiony. Od razu, powiedział, upijając, pomyślałem o tobie, rozumiesz, oni wezmą wszystko, grunt, żeby było o walce z prostytucją. I co proponujesz? – zapytał Gabriel, odstawiając na bok swoje mleko. Trochę tu pozbierałem, wyszeptał Walunia, jednym słowem, to tylko brudnopis, szkic scenariusza – i nachyliwszy się do Gabriela, zaczął opowiadać. Czytałem warunki konkursu, są dwa główne wymogi – żeby był gender i żeby była specyfika narodowa. Długo myślałem. Moim zdaniem to może być pornos. Wszystko uwzględniłem i rzuciłem taki scenariusz – Walunia wyciągnął z kieszeni kilka kartek z wydrukiem komputerowym, też odstawił na bok swoje mleko i zaczął czytać. Scenariusz nazywa się Naga prawda, no, prawda, rozumiesz? – wyjaśniał Walunia, jak gazeta „Prawda”, no, żeby była specyfika narodowa, śmiał się nerwowo, rozumiesz, o czym nawijam? Akcja filmu rozgrywa się w naszych czasach, w jednym z ukraińskich miast. No, to ty nakręcisz, mówił Walunia, parę jakichś fabryk, panorama nowych osiedli, no, rozumiesz, można parę trupów, dla humoru. I w tym mieście mieszka główna bohaterka, jak to ujął scenarzysta – prosta ukraińska dziewczyna. I ta prosta ukraińska dziewczyna marzy, żeby wyrwać się do włoskiego burdelu, to dla niej po prostu obsesja, według zamysłu autora, ona ni chuja nic nie robi dla gospodarki swojego kraju, siedzi na głowie rodzicom, scharakteryzowanym przez Walunię jako prości ukraińscy bezrobotni, jakich są tysiące, i ogląda niemieckie porno. À propos – niemieckie porno, mówił Walunia, też trzeba nakręcić, ona w naszym filmie porno będzie oglądać porno w telewizji – rozumiesz, o czym nawijam? I oto główna bohaterka widzi w gazecie ogłoszenie o naborze do włoskiego burdelu, tekst ma być też po włosku, żeby zamawiający rozumieli, o co chodzi, odpowiada na nie i otrzymuje pozytywną odpowiedź. I wtedy, szeptał Walunia, wybiera się do włoskiego burdelu, zbiera już nawet rzeczy, rodzice w szoku, biuro paszportowe w szoku, w tym miejscu, mówił, ma być taki liryczny temat pożegnania z historyczną ojczyzną, można puścić kronikę filmową z jakimiś scenami z wojny, kronikę odbudowy albo co; no i idzie na dworzec, wziąwszy ze sobą tylko niewielką walizkę z bielizną. I właśnie wtedy na dworcu, pośród dworcowego zamieszania, spotyka głównego bohatera – też prostego ukraińskiego chłopca, wyjaśniał Walunia, naszego rodaka, jakich są tysiące, który pracuje, powiedzmy, jako tragarz na dworcu, nie, tragarz zupełnie nie pasi, szybko przemyślał sprawę Walunia, jako maszynista. Dalej idzie scena ich znajomości, lokomotywy, semafory, romantyka podróży i wtedy główny bohater gwałtownie zakochuje się w głównej bohaterce. Jak gwałtownie? – zapytał na wszelki wypadek Gabriel. Dostatecznie gwałtownie, wyjaśnił mu autor scenariusza, zakochuje się i przekonuje ją, żeby nie jechała do włoskiego burdelu. Jak ją przekonuje? No, nie wiem, musi być jakaś mocna scena, jak u Pasoliniego, na przykład – zaciąga ją do lokomotywy i przekonuje. Dalej można już bez scenariusza. No, jak? – zapytał Walunia i sięgnął po mleko. A ile płacą? – wciąż się wahając, zapytał Gabriel. Płacą normalnie, najpierw przelewają pierwszą połowę grantu, oglądają materiał, a potem przelewają resztę. A baza? – wyraził wątpliwości Gabriel – a strona techniczna? Przecież w państwowej telewizji pracujesz, nerwowo wyszeptał Walunia, skołujemy przez radę miasta albo przez wydział kultury; tak, zgodził się sam ze sobą Walunia – myślę, że pornosa lepiej przez wydział kultury. Grunt – to zapłacić strażakom. I aktorom, dodał Gabriel. Tak, tak, zgodził się Walunia – i aktorom.
Wiesz, powiedział Gabriel, jeszcze raz przejrzawszy scenariusz, coś tu jest nie tak. Moim zdaniem, to nie jest o walce z prostytucją. I specyfika raczej totalitarna jest. Oczywiście mogę podrzucić parę trupów albo kawałek z merem, ale te twoje lokomotywy, semafory – to faszyzm jakiś. Pomyśl jeszcze, dobrze? Walunia obiecał, że pomyśli i następnego dnia sam przyszedł do studia spotkać się z Gabrielem; pomyślałem, powiedział, słusznie mówisz, ja tutaj, znaczy, wszystko przerobiłem, dodałem trochę specyfiki narodowej, trochę zmieniłem, jednym słowem, posłuchaj. Wyciągnął te same kartki z kupą przekreślonych i popisanych ręcznie miejsc i wyszeptał: Ziemia obiecana. Co? – nie zrozumiał go Gabriel. Film tak się nazywa, wyjaśnił Walunia, Ziemia obiecana, żeby było więcej narodowej specyfiki, rozumiesz? No, co, bohaterka tak jak wcześniej – to prosta ukraińska dziewczyna, prosta, ale pracowita, zrobimy z niej jakąś szwaczkę, wstawimy kadry z kroniki filmowej, znaczy, bezrobotnych rodziców, kronikę odbudowy wywaliłem, niemieckie porno zostaje, ale jako negatywne tło emocjonalne. I oto nasza bohaterka znajduje w zakładzie pracy podczas przerwy obiadowej ogłoszenie o naborze do włoskiego burdelu, tekst po włosku i po ukraińsku, dalej idzie liryczny temat poszukiwań duchowych, można dać widoki wieczornego miasta, kadry z merem, to zrobisz ty. I kiedy już postanawia rzucić fabrykę i wywalić do włoskiego burdelu, wzywa ją do siebie do gabinetu lider związkowców. Bohaterka przychodzi do gabinetu, no i wtedy wszystko się zaczyna, dalej już bez scenariusza. Poczekaj, powiedział na to Gabriel, i gdzie tu walka? A walka, robiąc pauzę, powiedział Walunia, w tym, że lider związkowców – to też prosta ukraińska dziewczyna! Rozumiesz, o czym nawijam? My im nakręcimy taki gender, że jeszcze kontynuację zamówią. Idziemy do dyrektora.
Dyrektor przeczytał scenariusz, obejrzał rysunki Waluni na marginesach i poprosił o dwanaście procent. Walunia wyrwał mu scenariusz i przeklinając państwową telewizję, wyskoczył z gabinetu. Potem wrócił i zaproponował siedem, plus procent od dystrybucji. Wreszcie stanęło na dziewięciu. Trzecie studio, powiedział Gabrielowi dyrektor, sobota-niedziela od dziesiątej wieczorem do dziewiątej rano, przywieź sprzęt i możesz tam nawet z gołą dupą latać. I wcale nie zabrzmiało to jak metafora.
Walunia rano zgłosił projekt w fundacji i żądał, żeby natychmiast rozpocząć zdjęcia. Problem polegał na tym, że nie było kogo filmować. Gabriel przywiózł sprzęt do trzeciego studia i po prostu nie wiedział, co robić dalej. W tym studiu wcześniej kręcono poranny program dla dzieci, wszędzie walały się pluszowe zabawki, a na dekoracjach ze sklejki namalowane były słonie w nienaturalnych kolorach. Gabriel pomyślał, że słonie – to nawet dobrze, i postanowił wykorzystać je jako część scenografii. Ale filmować i tak nie było kogo. Zrobimy casting, powiedział Walunia i dał ogłoszenie do papierowego organu rady miasta.
Na casting przyszły dwie kandydatki. Pierwsza okazała się studentką konserwatorium, była w skórze i miała na twarzy piercing, nazywała się Wika. Druga była kiedyś prostytutką z hotelu „Charków”, powiedziała, że dobrze mówi po włosku, bo swego czasu pracowała właśnie we włoskich burdelach, powiedziała też, że dobrze ją tam znają, ale że teraz postanowiła skończyć ze swoją smutną przeszłością i spróbować sił w show-biznesie. Gabriel przestraszył się zdania o tym, że wszyscy ją tam znają, dlatego postanowił wziąć studentkę z konserwatorium, natomiast byłą prostytutkę poprosił, żeby została na wieczór i chlał z nią do rana, wspominając wspólnych znajomych. Następnego dnia do studia przyszli ludzie, żeby kręcić kolejne wydanie poranka dla dzieci. Prowadząca program Marta była w żółtej peruce, tańczyła na tle kwasowych słoni i dziecięcym głosem przekazywała niewidzialnej publiczności zasady higieny osobistej. Marta, podszedł do niej po nagraniu Gabriel, jesteś poważną aktorką, masz warunki, masz, zresztą, głos. Nie chcesz wziąć udziału w poważnym projekcie? A co to za projekt? – zaciekawiła się Marta, poprawiając żółtą perukę. Kręcimy film, powiedział Gabriel, razem z Włochami. A jaka tematyka? – zapytała Marta. Tematyka narodowa, wyjaśnił Gabriel, społeczna, miłość, romantyka podróży, Pasolini, rozumiesz? Brakuje nam właśnie aktorki do głównej roli. I twoją perukę, dodał, też można będzie wykorzystać.
Pierwszego dnia zdjęć postanowili nakręcić scenę w gabinecie lidera związkowego. Do trzeciego studia napchało się kilkudziesięciu ciekawskich, przyszedł dyrektor telewizji, cała delegacja strażaków, przyszli jacyś fani „cioci Marty”, przynieśli jej kwiaty i cukierki, ale Gabriel nie wpuścił ich do studia, powiedział, że to nie dla dzieci, chyba że, zaproponował, w charakterze statystów. Walunia przyniósł napisane przez siebie poprzedniego dnia dialogi i dwa komplety skórzanej bielizny, którą wypożyczył od dyrektora parku rozrywki. Resztę ubrań Gabriel wybrał spośród kostiumów poranka dla dzieci. Wika i Marta ubrały się w skórzaną bieliznę, Marta założyła żółtą perukę, strażacy wyciągnęli z dyplomatek wódkę i zakąskę. Postanowiono rozpocząć zdjęcia. W ostatniej chwili Gabriel zamienił role – Wika miała grać główną bohaterkę, a Marta – związkowego lidera. W swojej żółtej peruce przypominała lidera związku zawodowego artystów cyrkowych. Wika, Gabriel dawał jej wskazówki, wchodzisz do gabinetu. Rozrywają cię wewnętrzne dylematy, rozumiesz? Zamyślona gładzisz całe ciało. Powiedziałem – całe! Tak, teraz ty, zwrócił się do Marty, jesteś liderem związkowym, widzisz, że rozrywają ją dylematy wewnętrzne. Kładź się na biurko! Nie na brzuchu! Kładź się normalnie, jesteś przecież liderem związkowym – Gabriel się zachwycił i zdjęcia szły dosyć dobrze, aż do momentu kiedy strażacy wypili swoją wódkę i wleźli na plan zdjęciowy. Wystarczy na dzisiaj, powiedział Walunia i wszyscy niechętnie ruszyli w kierunku wyjścia.
Dokąd jedziesz? – zapytała Wika swoją partnerkę. Nie wiem, odpowiedziała Marta, metro już zamknięte, chyba zostanę tutaj, prześpię się na dekoracjach. Chodźmy do mnie, powiedziała Wika i wyciągnęła ją na ulicę.
Ten film, mówiła Marta, dziwny jest, nic w nim nie rozumiem. Siedziały na podłodze w pokoju Wiki i piły portwajn, który kupiły w sklepie nocnym. Powiedzmy, moja bohaterka mówi – spal mnie ogniem swojej namiętności. Nie całkiem rozumiem, o co tu chodzi. To proste, odpowiadała jej Wika, one przecież są szwaczkami, to rozmowy zawodowe.
Po jakimś czasie Walunia wziął cały nakręcony materiał, kazał czekać i się nie martwić, i poleciał do Mediolanu na spotkanie z koordynatorem programu.
Grafik zdjęć został beznadziejnie zawalony, wieści od Waluni nie nadchodziły i zespół filmowców ogarnął lęk i złe przeczucia. Marta wróciła do swojego porannego programu dla dzieci. Wika przychodziła do niej na nagrania, siedziała w studiu i bawiła się pluszowymi zabawkami, odrywając im uszy i trąby. Gabriel nudził się bez pracy, parę razy brał chałtury, bywał na mityngach anonimowych alkoholików. I chociaż nie ma to szczególnego związku z tą historią, wyglądało to w przybliżeniu tak.
Pewnego ranka spotkał w stołówce derżpromu Botkina. Botkin tak samo jak Gabriel należał do stałych bywalców stołówki, jemu też nalewano na kredyt, zobaczywszy Gabriela, uśmiechnął się do niego, jak tylko stały bywalec może uśmiechnąć się do nie mniej stałego bywalca. Usiedli przy stoliku, a potem nawiązała się między nimi bezpretensjonalna rozmowa: o kursach walut, o krachach na giełdach, o surowcach energetycznych i korupcji w organach władzy, jednym słowem – o czym może rozmawiać dwóch intelektualistów, którzy jeszcze nie wypili swojej pierwszej porannej wódki. Botkin szczególnie dużo mówił o zdrowiu, powiedział, że ostatnio poważnie się za nie wziął i wzywał Gabriela, by zrobił to samo. Tutaj trzeba powiedzieć, że Gabriel mógłby być jego synem, Botkin, w dowodzie Jewhen Petrowycz Towstucha, był starym bitnikiem i dysydentem, można powiedzieć, ostrym odłamkiem lat sześćdziesiątych, ale był otwarty i łatwo przechodził ze wszystkimi na ty. Przez całe swoje świadome życie pracował jako lekarz w przychodni rejonowej, dlatego nazywano go Botkin, na cześć odkrywcy zapalenia wątroby, i szanowano w różnych dziwacznych towarzystwach. Jego mieszkanie, w którym jako prawdziwy dysydent i odłamek lat sześćdziesiątych przebywał rzadko, zawalone było makulaturą i śmieciami, w regale na honorowym miejscu stała fotografia poety Jewtuszenki. Na odwrocie fotografii był napis „Drogiej Żeni od poety Jewtuszenki! Z serdecznymi pozdrowieniami”. Botkin twierdził, że fotografia podpisana jest właśnie dla niego. Tak! krzyczał do oponentów, którzy mu nie wierzyli, dla mnie! O, tutaj jest napisane – drogiej Żeni! Od poety Jewtuszenki! Czyli dla mnie – Jewhena Petrowycza Towstucha! Botkin twierdził, że maestro podpisał dla niego zdjęcie po jednym z występów w czasie burzliwych lat sześćdziesiątych, ale był w tym czasie w tak świńskim stanie, że zareagował tylko na znajome od dzieciństwa imię. Kiedy odszedł na emeryturę i zostawił swoją nadzwyczaj kolorową i różnorodną klientelę, Botkin nagle zabrał się za własne zdrowie. Przy czym wziął się za nie, wykorzystując metody zgoła nietradycyjne. Ja wiem, co to jest radziecka medycyna, krzyczał do oponentów, uwierzcie mi, pracowałem w systemie niemal czterdzieści lat. Do lekarza pójdę, tylko kiedy mnie ukąsi jadowity wąż. Zamiast tego Botkin ćwiczył jogę, diagnostykę karmy i tantryczny seks. Jeśli chodzi o tantryczny seks, to szybko ochłonął, mnie, mówił, i zwyczajny seks nie interesuje, a co dopiero tantryczny. Wreszcie ktoś poradził mu zapisać się na spotkania anonimowych alkoholików. Pomyślał i się zapisał. Co wy mi tu gadacie, krzyczał do oponentów, sam jestem lekarzem, znam uleczającą siłę autoanalizy. Picia przy tym, rzecz jasna, nie rzucił, mówił, że te wszystkie spotkania potrzebne mu są tylko do autotreningu, a przede wszystkim – do lepszej diagnostyki karmy. Teraz wszystko to opowiedział Gabrielowi i nawet zaproponował mu, by poszedł razem z nim na kolejne posiedzenie anonimowych alkoholików. Zrozum, krzyczał do Gabriela, nawet sobie nie wyobrażasz, co ci się między czakrami robi. Przyszedłbyś, posłuchał mądrych ludzi. A co za publiczność na te spotkania przychodzi? – zainteresował się Gabriel. Jest nas wielu, wyjaśnił mu Botkin, publiczność inteligentna, tam i bar jest.
Mityngi odbywały się w sali kongresowej w pałacu pionierów. Stół przykryty był czerwonym obrusem, okna na głucho zawieszone ciężkimi zasłonami, anonimowi alkoholicy przychodzili pojedynczo i w milczeniu zajmowali miejsca z dala od sceny. Wstawiony Gabriel od razu spróbował włączyć kamerę, ale podszedł do niego dyżurny, przedstawił się jako Julij Jurijowycz i poprosił, żeby wyłączyć kamerę. Co pan, powiedział, nie wolno! Narusza pan w ten sposób anonimowość naszych alkoholików. Gabriel trochę się zakłopotał, ale Botkin pociągnął go do pierwszego rzędu, tutaj jest wygodniej, powiedział, i wszyscy będą nas widzieć. Gabriel zdziwił się, co w tym dobrego, ale alkoholicy powoli się zebrali i można było zaczynać. Jako ostatniego przyprowadzili młodego anonimowego alkoholika, który wyglądał na niezadowolonego. Towarzyszyli mu dwaj sierżanci, a on patrzył na wszystkich spode łba. No cóż, powiedział Julij Jurijowycz, wstańmy i weźmy się za ręce na znak solidarności. Wszyscy wstali. Gabriel wziął za rękę Botkina, sierżanci wzięli za ręce aresztowanego alkoholika. Ten próbował stawiać opór, ale sierżanci znali się na swojej robocie. No dobrze, powiedział Julij Jurijowycz, proszę siadać. Kto zacznie? Jeden z sierżantów podniósł rękę. Juliju Jurijowyczu, powiedział jeden z sierżantów, może my? Mamy harmonogram. No cóż, odpowiedział Julij Jurijowycz, proszę. Sierżanci szturchnęli zatrzymanego, ten niechętnie wstał. No cóż, powiedział Julij Jurijowycz, proszę się przedstawić, kim pan jest? Zatrzymany milczał. Jeden z sierżantów nie wytrzymał i szturchnął go; zatrzymany przeniósł na sierżanta ciężkie spojrzenie, odwrócił się do Julija Jurijowycza i zaczął. Jestem – Alik Jąkała. Cześć, Aliku Jąkało, przyjaźnie odezwała się sala. Alik znowu zamilkł, jeden z sierżantów jeszcze raz go szturchnął. Jestem – anonimowym alkoholikiem, przemówił znowu Alik. Dobrze, Aliku Jąkało – jeszcze jedna fala ogólnej przychylności przetoczyła się przez salę. Opowiedz nam swoją historię, Alik, zwrócił się do niego Julij Jurijowycz. Alik pomyślał i powiedział coś takiego – dwudziestego szóstego maja tego roku, o godzinie osiemnastej trzydzieści, przebywając w stanie upojenia alkoholowego średniego stopnia, dokonałem zuchwałej kradzieży służbowego samochodu marki Ził, który należał do firmy handlowej Morozko, w rezultacie czego wspomniana firma handlowa poniosła straty materialne i finansowe w wysokości trzystu pięćdziesięciu kilogramów mrożonych ryb, w formie filetów. Następnie, będąc w tym samym stanie, uświadomiłem sobie ciężar swojej winy i postanowiłem oddać się w ręce władz. Wskutek czego, straciwszy kontrolę nad samochodem marki Ził, wjechałem w tablicę z gazetką ścienną, która należała do dzielnicowego oddziału spraw wewnętrznych Dzielnicy Kijowskiej miasta Charkowa. Skutkiem tego incydentu był nielegalny wyładunek na terenie oddziału produktów morskich firmy Morozko, czyli – wspomnianych wcześniej trzystu pięćdziesięciu kilogramów mrożonych ryb. To ścierwo, nam tą rybą cały korytarz zasypało! zerwał się na nogi jeden z sierżantów. Pół nocy ją zbieraliśmy jak morsy! I tablicę informacyjną rozwalił! A my tam wszystkie informacje mamy wypisane! Palant! – powiedział i usiadł na swoim miejscu. No dobrze, powiedział Julij Jurijowycz, podziękujmy wszyscy Alikowi za jego historię. Dziękujemy ci, Aliku Jąkało, poniosło się przez salę, jeden z sierżantów podbiegł do Julija Jurijowycza, ten podpisał jakiś dokument, a oni pociągnęli Alika w kierunku wyjścia. Do widzenia, Aliku Jąkało, poniosło się jego śladem. A żebyście zdechli! – krzyknął Alik, ale sierżanci wykręcili mu ręce i wyciągnęli na korytarz. No cóż, z zadowoleniem powiedział Julij Jurijowycz, kto następny? Może ja, podniósł rękę Botkin. Patrz – schylił się do Gabriela, jak ich zaraz rozwalę. No, proszę, zgodził się Julij Jurijowycz. Jestem, powiedział Botkin, Jewhen Petrowycz Towstucha. Cześć, Jewhenie Petrowyczu Towstucho, znów poniosło się przez salę. Jestem – anonimowym alkoholikiem, radośnie wykrzyczał Botkin. Dobrze, dobrze, odkrzyknęła cała publiczność. Opowiedz nam swoją historię, Jewhenie Petrowyczu, poprosił dyżurny. Moja historia jest taka, nie dał się namawiać Botkin. Jestem – pracownikiem medycznym. Całe swoje życie poświęciłem służbie dobru moich rodaków! A czy stawał ci na przeszkodzie alkohol? – spróbował skierować rozmowę na bardziej dorzeczne tory Julij Jurijowycz. Stawał – nie ukrywał Botkin, stawał. I jak stawał? – zainteresował się dalej Julij Jurijowycz. Różnie, Botkin w zadumie podrapał się po brodzie, różnie. Pamiętam, pewnego razu przychodzę na dyżur, pamiętam jak dziś – dziewiątego listopada rzecz miała miejsce, akurat w święto. Poczekaj, Jewhenie Petrowyczu, przerwał mu dyżurny, jakie święto? No, dzień rewolucji, odpowiedział mu Botkin, siódmego listopada. A na dyżur, kiedy przyszedłeś? – zapytał ostro Julij Jurijowycz. Dziewiątego, powtórzył Botkin, my się z kolektywem po święcie nie widzieliśmy, postanowiliśmy obchodzić. I przywożą nam, pamiętam jak dziś, trupa. A my właśnie musieliśmy jechać do sklepu. No i ja mówię, chłopcy, dawajcie go na razie do kuchni! Jewhenie Petrowyczu, znów przerwał mu dyżurny, a czy odczuwałeś przy tym potrzebę, by podzielić się z kimś swoim problemem? No, odpowiedział Botkin, właśnie o tym mówię. Dobrze, nie dał mu kontynuować dyżurny, podziękujmy Jewhenowi Petrowyczowi za jego historię. Dzięki, Jewhenie Petrowyczu! – zahuczała wdzięczna sala i ukłoniwszy się na wszystkie strony, Botkin zadowolony opadł na swoje krzesło. No, jak ci się podoba? – spytał Gabriela, a teraz ty, dawaj. Ja? – przestraszył się Gabriel. Tak, tak, zachęcił go Botkin, tutaj najważniejszy jest autotrening, tak że dawaj. No cóż, kontynuował Julij Jurijowycz, kto teraz? Pan? – popatrzył na Gabriela. Gabriel zawahał się, ale za jego plecami rozległy się przyjazne szepty i wstał. Jestem Tolik Hawrylenko, powiedział, bardziej do dyżurnego niż do publiczności. Cześć, Toliku Hawrylenko, nowa fala przychylności przetoczyła się za jego plecami. Jestem – alkoholikiem. Anonimowym alkoholikiem, poprawił go dyżurny. Dlaczego – anonimowym? – obraził się Gabriel. Normalnym. I dawno poczuł pan, że alkohol stanął panu na przeszkodzie? – zapytał go dyżurny. Tak, powiedział Gabriel, nie. Zrozumiał pan, spróbował mu pomóc Julij Jurijowycz, że nie może kontrolować sytuacji? Pewnie, odpowiedział Gabriel, pewnie. I że alkohol jak mur odgradza pana od pańskich bliskich? – nawijał swoje Julij Jurijowycz. Bez wątpienia, zgodził się Gabriel. Kiedy się żeniłem, powiedział, postanowiłem zaoszczędzić na fotografie. I wszystko fotografowałem sam. W związku z tym nie było mnie na żadnym zdjęciu. Obrazili się na mnie potem rodzice, powiedzieli, że ja oczywiście byłem tak pijany, że nie trafiłem na żadne zdjęcie. Dobrze, dobrze, radośnie zaszumiała publika. I kiedy postanowił pan powiedzieć „nie” alkoholowi? – z pewną zazdrością przerwał mu dyżurny. Wie pan, powiedział Gabriel, tak naprawdę jeszcze nie postanowiłem. Chce pan, opowiem swój scenariusz? – niespodziewanie zwrócił się do Julija Jurijowycza. Scenariusz? – dyżurny nie zrozumiał. Tak, scenariusz. Wymyśliłem go kilka lat temu. To scenariusz mojego przyszłego filmu. No nie wiem, zawahał się dyżurny, ale publiczność znów zaszumiała i Gabriel mówił dalej. Jednym słowem, to ma być film katastroficzny. Katastroficzny? – zapytał wciąż zdezorientowany Julij Jurijowycz. Tak, film-katastrofa. Główny bohater pracuje jako biblijny tłumacz migowy. Kto? Biblijny tłumacz migowy, pracuje w telewizji i przekłada za pomocą gestów słowo boże. I pewnego razu ksiądz, którego tłumaczy, odkrywa przed nim straszliwą tajemnicę, że, jak się okazuje, stoimy na progu humanitarnej i ekologicznej katastrofy i że niedługo dla nas wszystkich nastanie humanitarny koniec. I proponuje nagrać dla przyszłych pokoleń migowy przekład pisma świętego i zamrozić go na tysiąc lat. Potem ksiądz pada ofiarą nieznajomych, a tłumacz rzeczywiście nagrywa przekład migowy pisma świętego, jeszcze co prawda nie zdecydowałem na jakim nośniku, ale najprawdopodobniej na dvd. Tak, lepiej na dvd, krzyknął ktoś z sali. Tak – rzeczywiście, lepiej na dvd, zgodził się Gabriel, potem przekazuje nagranie do zamrożenia w tajnym laboratorium. A potem wydarzenia rozgrywają się tysiąc lat później. Humanitarna i ekologiczna katastrofa rzeczywiście się wydarzyła, ale cywilizacja przetrwała. Co prawda ze znacznymi stratami cywilizacyjnymi. A jakimi dokładnie? – zapytał ktoś z sali, notując słowa Gabriela. Przede wszystkim, wyjaśnił Gabriel, stracono zdolność odbioru znakowych systemów komunikacji. Chce pan powiedzieć, krzyknął ktoś, że cywilizacja traci zdolność odbioru zwykłych nośników informacji? Właśnie tak, Gabriel potwierdził czyjeś przypuszczenia. Jakie nośniki? – zapytał Julij Jurijewycz. No, litery wszystkie zapomnimy, z rozdrażnieniem wyjaśnił mu Botkin, czego tu nie rozumieć? Właśnie tak, znów zgodził się Gabriel, jednym słowem, wskutek humanitarnej i ekologicznej katastrofy cywilizacja traci możliwość odbierania i interpretowania praktycznie całego korpusu tak zwanej spuścizny kultury. Książek nie ma, gazet nie ma. – Komórek nie ma! – krzyknął ktoś z sali. I cywilizacja stopniowo traci swoją kulturową pamięć, rozumiecie? Ale w tym czasie mija tysiąc lat i w tajnym laboratorium rozmraża się dvd z migowym przekładem pisma świętego. Tutaj wpleciony jest wątek kryminalny, zjawiają się złe siły, które nie chcą, by rozmrożone dvd stało się zdobyczą potomków, ale w końcu słowo boże trafia do kogo trzeba. Dobre, dobre – nowa fala potoczyła się na Gabriela. Ale problem w tym, kontynuował Gabriel, że cywilizacja, straciwszy zdolność odczytywania znakowych systemów informacji, nie może jak należy odczytać przesłania. Odbierają ten złożony system przekazu informacji jako zestaw wizualnych pozycji, z których każda jest dla nich nie więcej niż, powiedzmy, ruchomym hieroglifem. I kopiują sobie wszystkie główne znaki migowego przekładu, nadając każdemu z nich całkiem nowe znaczenie. I zaczynają korzystać z tego nowego systemu przekazywania informacji. Wlewają nowe wino do starych bukłaków! – znów krzyknął ktoś z sali i publika radośnie zaklaskała. Właśnie tak, jeszcze raz zgodził się Gabriel, właśnie tak. A najciekawsze jest to, że, kontaktując się za pomocą przejętego z przeszłości systemu znaków, mimowolnie odtwarzają w codziennym życiu tekst pisma świętego. Podłączając się do jego pola energetycznego! – wykrzyknął Botkin, odwracając się do publiczności. Tak, podchwycił Gabriel, faktycznie, tekst pisma świętego przenika do ich codzienności jak wirus, którego istnienia nawet się nie domyślają, jak w komputerze, rozumie pan? – zwrócił się do Julija Jurijowycza. Ten niepewnie kiwnął głową. I to w niespodziewany sposób odbija się na całym rozwoju cywilizacyjnym. Pozytywnie się odbija? – zapytał ten, który notował. Jasne, że pozytywnie, powiedział Gabriel, przecież praktycznie cała cywilizacja, mówiąc umownie, zaczyna zamiast z normalnego słownika korzystać ze słownika terminów biblijnych i całych fragmentów pisma świętego, na przykład ksiąg wielkich proroków. Dlaczego akurat z ksiąg wielkich proroków? – spytał ktoś zmieszany. Dlatego że one znajdują się akurat pośrodku pisma świętego, wyjaśnił Gabriel, i zgodnie z teorią prawdopodobieństwa będą z nich korzystać najczęściej. Na przykład jakakolwiek informacja, no, jakakolwiek, no, o, pan coś ma, co tam jest napisane? – Gabriel zwrócił się do anonimowego alkoholika w trzecim rzędzie, który obracał w dłoniach kawałek papieru. Ten, wstydząc się, wstał, a tutaj, wyjaśnił, zwykły tekst; to nic, to nic, powiedział na to Gabriel, proszę przeczytać; anonimowy alkoholik zmarszczył się i przeczytał: „Wchłanianie ambroxolu, który stosuje się wewnętrznie, przebiega szybko i niemal całkowicie. Maksymalne działanie rozpoczyna się po 0,5–3 godzinach od przyjęcia leku. Działanie utrzymuje się przez 7–12 godzin”. Cudownie, powiedział Gabriel, to cudowny tekst o średnim stopniu trudności, to coś jak księga Ezechiela, część pierwsza, wiersz dwudziesty ósmy, pamiętacie? – „Jak widzenie tęczy, gdy bywa w obłoku w dzień deszczu, takie było widzenie blasku wokoło. Takie było widzenie podobieństwa chwały Pańskiej. I ujrzałem, i upadłem na oblicze swe, i usłyszałem głos mówiącego”. Oto to miejsce! Myśli pan? – z niedowierzaniem zapytał Julij Jurijowycz. Bez wątpienia, kontynuował Gabriel, bez wątpienia. I oto wskutek tak masowego i potężnego wygłaszania tekstów biblijnych zaczynają odnawiać się receptory, które zapewniały swego czasu, tysiąc lat temu, ich sakralne działanie. Inaczej mówiąc, pewnego razu bóg budzi się i widzi, że wszystko znowu funkcjonuje, że ktoś znów zaczyna korzystać z ksiąg wielkich proroków i psalmów dawidowych, rozumiecie? I korzysta tak aktywnie i masowo, że bóg jest po prostu zmuszony jakoś zareagować. I reaguje, proszę zwrócić uwagę, całkiem przychylnie, obdarzając niewidzialnych, lecz licznych odbiorców łaską i darami. Wyobrażacie sobie, jakie jazdy się zaczynają?!! Moment, przerwał mu Julij Jurijowycz, tutaj jest sprzeczność, przecież oni nie nadają swoim przekazom żadnego sakralnego sensu, prawda? Dla nich jest to przecież, na ile zrozumiałem z pana słów, pierwotny system komunikacji, służący zapewnieniu wymiany informacji. Przez publiczność przetoczyła się fala rozdrażnienia i niezadowolenia, Julij Jurijowycz strachliwie się skurczył. Sekundkę! – zareagował Gabriel, ja właśnie o tym mówię, że rzecz zupełnie nie w kwestii treści, rzecz w – dokładności powtarzania. Nieważne, co mają właściwie na myśli, kiedy mówią cytatami z ewangelii, grunt, że bóg wie, skąd ten cytat. Dobra, nie poddawał się Julij Jurijowycz, a skąd on wie? On przecież odbiera to bezpośrednio przez swoje, jak pan to określił, receptory, bez żadnego kontekstu interpretacyjnego. Dokładnie tak, zgodził się z nim Gabriel, ale w takim razie jak odbiera wszystkie te całkiem sprzeczne w swoich znaczeniach potoki energetyczne, które nadchodzą do niego codziennie w formie, powiedzmy, rożnych koncepcji religijnych? Nie uważa pan przecież, że bóg cywilizacji chrześcijańskiej i bóg cywilizacji muzułmańskiej – to dwaj różni bogowie? To przecież nie menadżerowie z supermarketu. Jak w takim razie on to wszystko odbiera i rozróżnia? No, jak pana zdaniem? – zapytał zagubiony Julij Jurijowycz. Gabriel zrobił pauzę. Po prostu bóg ma dekoder. Dlatego rozumie wszystkich. I taki to scenariusz. Głównym obrazem ma tu być to zamrożone dvd. Widzę to tak, że, powiedzmy, pismo święte, księga nad księgami, tak? A cywilizacja przyszłości będzie żyć dzięki jakiemuś tam dvd nad dvd. Double dvd! – krzyknął ktoś z sali. Właśnie tak! – zgodził się Gabriel i publiczność znów zaczęła klaskać.
W bufecie spocony z napięcia i zdenerwowania Gabriel zamówił dla siebie i Botkina po sto pięćdziesiąt gram. Aha, tu jesteście? – radośnie zawołał do nich Julij Jurijowycz, wchodząc i zamawiając sobie również sto pięćdziesiąt gram. Botkin zapobiegliwie przesunął ich szklanki i Julij Jurijowycz usiadł obok. Rozejrzał się po sali, wyjrzał przez okno, surowo spojrzał na Gabriela. No, powiedział, za solidarność!
Walunia wrócił z Włoch energiczny i zmartwiony. W porządku, Włosi w szoku. Ta scena w gabinecie lidera związkowego po prostu ich powaliła. Trzeba szybko wszystko dokończyć, zrobić włoskie napisy – i do dystrybucji! Tylko że jest problem ze scenariuszem, powiedział, drepcząc przed Gabrielem, który siedział w słuchawkach na głowie. Jaki problem? – zaniepokoił się. Rozumiesz, zaczął wykręcać się Walunia, przecież ci mówiłem – więcej specyfiki narodowej. Z gender wszystko jest dobrze, to akurat w normie, plus te trupy, z nimi też wszystko w porządku. Ale ze specyfiką… Rozumiesz, oni mówią, że typy są kosmopolityczne. Mówią, że u nich takie typy są na każdym kroku. Tak? – nie uwierzył Gabriel, to co krok liderów związkowych w żółtych piórkach spotykasz, tak mam to rozumieć? Poczekaj, uspokoił go Walunia, można ich zrozumieć, to oni bulą. Myślałem i myślałem, i wiesz, co ci powiem? – potrzebujemy karła. Dla specyfiki. Wtedy wszystko razem zagra – i związki zawodowe, i gender, i ziemia obiecana. Potrzebny nam karzeł. Wiesz? Nie wiem, zakłopotał się Gabriel, spróbuję.
Następnego dnia rano wszyscy znów zebrali się w trzecim studiu. Zjawił się nawet dyrektor. Ostatni przyszedł Gabriel, chowając coś za plecami. Walunia od razu to zauważył i zaczął się denerwować. Dzień dobry, powiedział głośno Gabriel, poznajcie się, to nowy członek naszego kolektywu. Nowy członek kolektywu chował się za plecami i z wychodzeniem jakoś się nie spieszył. No i co ty tam masz? – nie wytrzymała w końcu Wika. Gabriel zrobił krok w bok i wypchnął przed siebie garbusa. Marta jęknęła. Wika nerwowo zapaliła papierosa. Cześć! – radośnie powiedział do wszystkich garbus. Miał na sobie skórzane motocyklowe rękawice i szeroką gruzińską czapę. Gabriel zaczął opowiadać, powiedział, że garbus jest taksówkarzem, ale to tylko tymczasowo, wcześniej pracował w cyrku jako oświetleniowiec, czyli, powiedział Gabriel, nasz człowiek – twórca. Wczoraj podwoził Gabriela do domu, Gabriel opowiedział mu o projekcie, a on zgodził się wziąć w nim udział. Wika podeszła do dekoracji i zgasiła szluga o cytrynowego słonia. Walunia wyciągnął trzy komplety skórzanej bielizny. Marta wyjęła z dżinsowego plecaka żółtą perukę.
Zaczęli kręcić. Garbus założył bieliznę, to nie był jego rozmiar, wszystko z niego zjeżdżało, Gabriel zaproponował, żeby nie zdejmował motocyklowych rękawic i czapy, tak jest nawet bardziej erotycznie, powiedział. Robota od początku nie szła, Marta się denerwowała, garbus się denerwował, Wika się wściekała. Gabriel nie wytrzymał i urządził skandal, co robicie? – krzyknął, po co tu przyszliście? – znowu krzyknął, co – ja mam za was to robić? – zapytał kobiety i kobiety mu nie zaprzeczyły. Garbus w tej sytuacji zagubił się zupełnie i nie wiedział, gdzie ma podziać swoje długie gołe ręce w motocyklowych rękawicach. Stał na środku szerokiego łóżka, niczym borowik, z boku stały Marta i Wika i z przestrachem patrzyły na jego garb. Wreszcie Marta rozpłakała się, złapała swoje ubranie i wybiegła ze studia. Wika też złapała ubranie i wybiegła za nią. W studiu zapadła cisza. Gabriel milczał nerwowo, widać było, że konflikt go speszył. Walunia siedział w kącie i starał się nie patrzeć w stronę garbusa. Garbus poprawił czapę i podciągnął motocyklowe rękawice. No dobrze, powiedział w końcu Gabriel, Wiktorze Pawłowyczu, zwrócił się do garbusa, nakręcimy pana, a potem ja to zmontuję. Najpierw scena w gabinecie lidera związkowego. Razem z Walunią złapali za biurko i wyciągnęli je na środek. Garbus pomagał. Dobra, powiedział Gabriel, pracujemy – i włączył kamerę. Tak, krzyczał, Wiktorze Pawłowyczu, wchodzi pan do gabinetu. To gabinet lidera związków zawodowych. Ale pan wchodzi tam w skórzanej bieliźnie. Z tego powodu rozrywają pana wewnętrzne dylematy, słyszy pan – wewnętrzne dylematy! Zaczyna pan w zamyśleniu gładzić całe swoje ciało. Nie – całego nie trzeba, niech pan gładzi swoje ręce. Bardziej czule, Wiktorze Pawłowyczu! Tak, teraz kładzie się pan na stole! Walunia, pomóż mu. Kładź go na stół. Ale nie na brzuchu!
Wika dogoniła Martę już na schodach, ta szła, zakładając koszulki i bluzki, sznurówki jej adidasów były rozwiązane, a przez ten plecak przypominała pozostawionego w studiu garbusa. Poczekaj, krzyknęła do niej Wika, poczekaj, podbiegła do niej. Nie będę filmować się z tym garbusem, powiedziała Marta, rozmazując łzy, on ma ten garb, on jest taki… taki podejrzany. To normalny garb, powiedziała Wika, nie płacz. Schyliła się i zaczęła zawiązywać jej sznurówki.
Posłuchaj, powiedziała Wika, dopijając portwajn, jeśli ty odejdziesz, ja też odchodzę, bez ciebie mnie w tym filmie nie będzie. Dlaczego? – nie zrozumiała Marta. Dlatego że ty mi się podobasz i bez ciebie nie będę występować. A co będziesz robić? – zapytała Marta. Siedziały na podłodze, drzwi balkonu były otwarte, zaczynała się świeża majowa noc, portwajn się skończył, pieniędzy nie miały, pracę miały paranoiczną. Znajdę sobie inne zajęcie, powiedziała Wika, zostanę kelnerką w pizzerii. Dlaczego w pizzerii? – nie zrozumiała Marta – lepiej już grać we włoskich pornosach, powiedziała, niż sprzedawać włoską pizzę. Co za różnica, odpowiedziała Wika i zaczęła powoli rozbierać Martę. Zdjęła żółtą perukę, zdjęła bluzkę, zdjęła podkoszulkę, zdjęła spódnicę. Tylko długo nie mogła rozsznurować adidasów.
Następnego dnia rano Gabriel poszedł na ugodę. Powiedział, że niepotrzebnie się gorączkował, poprosił o wybaczenie i obiecał wypłacić zaliczkę. Praca na planie zdjęciowym została wznowiona. Walunia z garbusem wytoczyli łóżko. Gabriel dawał krótkie wskazówki, znaczy, tak, powiedział, kręcimy scenę lirycznej przemiany głównej bohaterki. Główna bohaterka lirycznie nadaje nowy sens ostatnim wydarzeniom w swoim życiu. Lider związkowy jej w tym pomaga. A ja? – dał głos garbus. A pan? Gabriel odwrócił się do garbusa, ach ty, cholera, zupełnie o panu zapomniałem. Walunia, krzyknął, daj Wiktorowi Pawłowyczowi kandelabr. Znaczy tak, Wiktorze Pawłowyczu, proszę wziąć kandelabr w prawą rękę, a w lewą, a w lewą nic nie brać, a najlepiej wziąć kandelabr w dwie ręce. Tylko proszę go nie upuścić! No jak, zwrócił się do Waluni, podoba się? Walunia popatrzył na zbudowany układ choreograficzny. Przypomina borowika, powiedział wreszcie. Akurat, nie zgodził się Gabriel, gdzie widziałeś borowika z kandelabrem.
Wika odwróciła jej twarz do siebie, zdejmij tę głupawą perukę, powiedziała cicho, co ty, przestraszyła się jej przyjaciółka – to przecież kostium, ale Wika złapała perukę i ściągnęła ją zdecydowanym ruchem. Miała krótkie włosy, Wika przewróciła ją na plecy i zaczęła ściągać z niej obcisłą skórzaną bieliznę. Co ty? – z przestrachem wyszeptała przyjaciółka, kątem oka obserwując nawisający nad nią kandelabr, nie będziesz mówiła tekstu? Lepiej się ruchajmy, powiedziała Wika i powiesiła perukę na kandelabrze. Tola, Marta zawołała Gabriela, mamy dalej to robić, bo ja już doszłam. Ja też, odpowiedział zmieszany reżyser.
Tak czy inaczej, zdjęcia z powodzeniem zbliżały się do końca, Gabriel kręcił ostatnie sceny, głównie z garbusem – to malował go czarną farbą i zmuszał do grania garbatej małpy, to przyczepiał mu znalezione wśród dekoracji dla dzieci skrzydła, prosił, żeby wlazł na stół i głaskał się tam po rękach, to posypywał jego gruzińską czapę sztucznym śniegiem i kręcił narodową zimę, wreszcie zebrało się dość materiału i Gabriel wziął się za montaż. Marta przeniosła się do Wiki, Wika odprowadzała ją co rano na zdjęcia do poranka dla dzieci, brała jej plecak i czekała na korytarzu. Garbus dostał zaliczkę i kupił do swojej taksówki nowe zawieszenie. Przyjaciołom opowiadał, że grał w serialu o włoskiej mafii.
Pewnego razu Martę wezwał na dywanik dyrektor stacji telewizyjnej. Do domu wróciła późno, zła i nakręcona, sukinsyn, zaczęła krzyczeć, palant! Co się stało? – zapytała Wika. Mój program zdejmują, krzyczała Marta, sukinsyn-dyrektor! Dlaczego zdejmują? – nie zrozumiała Wika. Nie ma miejsca w ramówce! Wstawili tam sponsorów. Wszystko przed sukinsyna-dyrektora. On chce się ze mną przespać! No, to co za problem? – nie zrozumiała Wika, prześpij się z nim i będzie spokój. I dalej będziesz opowiadać o paście do zębów. A idź ty! – obraziła się Marta. I co teraz? Co teraz, odpowiedziała Marta, co teraz – dostanę kasę za film i spadam. Dokąd spadasz? – nie zrozumiała Wika. Gdziekolwiek, może do tych Włoch. A ja? – zapytała Wika. A co ty masz do tego? Marta nerwowo rzuciła adidasa w kąt pokoju, padła na kanapę, zawinęła się w koc i szybko zasnęła.
Rano zadzwonił Gabriel, poprosił, żeby natychmiast przyszły dokręcić scenę. Obiecał zapłacić kasę. Wika i Marta przyszły, Gabriel biegał nerwowo po studiu, podłączając kable. Garbus plątał mu się pod nogami. Cholera jasna, biadolił Gabriel, cholera jasna, jutro musimy studio zwolnić, a ja mam jeszcze jedną scenę nie nakręconą, no, chodźcie kochani, przebierajcie się. Wika z Martą niechętnie naciągnęły na siebie skórzaną uprząż. Gabriel włączył kamerę. Garbus wziął w ręce kandelabr. Znaczy tak, krzyknął Gabriel, kręcimy scenę serdecznej wdzięczności głównej bohaterki. Główna bohaterka uświadamia sobie, przed jaką życiową pomyłką uratowali ją przyjaciele i kolektyw i czuje dla nich serdeczną wdzięczność. Pracujemy! Wika podeszła do Marty i delikatnie dotknęła jej ramienia. Marta się spięła. Wika spróbowała odwrócić ją do siebie, ale ta nerwowo odsunęła jej rękę, Wika złapała ją za ramię, ale Marta się cofnęła. Wtedy Wika gwałtownie pociągnęła ją do siebie, odwróciła i przyładowała jej z prawej po facjacie. Marta krzyknęła i zakryła twarz dłońmi. Wika uderzyła jeszcze kilka razy i wybiegła ze studia. Garbus stęknął skonfundowany. Marta płakała, chowając twarz w dłoniach, wreszcie spojrzała na Gabriela, a ty co, spytała cicho, wszystko filmowałeś? Filmowałem, odpowiedział zagubiony Gabriel. Co? Gabriel przez jakiś czas myślał. Nic, powiedział w zadumie, nic. Szczególnie ten kandelabr.
Jedną kopię gotowego filmu Gabriel oddał Waluni, dla zleceniodawców. Drugą, razem z odsetkami, zaniósł dyrektorowi. Dyrektorowi film się spodobał, tylko, spytał Gabriela – co tam u ciebie za Gruzin ze skrzydłami? Włosi za film zapłacili, ale program walki z ukraińską prostytucją zlikwidowali z powodu jego nierentowności. Walunia wstąpił do partii regionów. Gabriel za pieniądze z filmu kupił nową kamerę i się zaszył. Po pół roku sam wydłubał esperal i znowu zapił. Po następnych czterech miesiącach zaczął chodzić na spotkania anonimowych alkoholików. Po jakimś czasie znowu poleciał. Potem znowu się zaszył. Opowiadać dalej?
Marta wyjechała do Turcji, miała zamiar przedostać się stamtąd do jakiegoś włoskiego burdelu. Wiadomości od niej było. Wika chciała zatrudnić się w pizzerii, ale jej nie wzięli przez piercing. We wrześniu spotkała w metrze garbusa. O, Wiktor Pawłowycz, ucieszyła się Wika, dawno pana nie widziałam. Garbus też się ucieszył, powiedział, że pracuje teraz jako kasjer w salonie gier, zapraszał, żeby przyszła i pograła sobie na jednorękich bandytach. A z naszymi, spytał, widziałaś się? Nie, odpowiedziała Wika, Walunię często widuję w telewizji, a poza tym nikogo. A Marta pisze do ciebie? – zainteresował się garbus. Nie, odpowiedziała Wika, nie pisze. A do mnie pisze, powiedział garbus i dał jej adres tureckiego hotelu, w którym zatrzymała się Marta. Wika długo myślała, a potem napisała list. List był taki:
W dzieciństwie kolekcjonowaliśmy z bratem różne „dorosłe rzeczy”, on jest ode mnie o dwa lata starszy i to on tak naprawdę wszystko to wymyślił, jego to bardziej interesowało. Grzebaliśmy w ciężkich walizkach na strychu, napełnione były różnym badziewiem, zepsutymi rzeczami, przebieraliśmy w kupach śmieci, wyszukując nowe eksponaty do swojej kolekcji. Latem strych się nagrzewał, mieszkaliśmy w starym piętrowym domu w centrum miasta, razem z nami mieszkało tam jeszcze kilka rodzin i każda rodzina uważała, że trzeba znosić na strych wszystkie stare rzeczy. Drzwi na dach były wywarzone, ciągle wlatywały przez nie gołębie i znosiły jajka w popsutych maszynach do pisania i starych miedzianych tygielkach do kawy. Poza tym na strychu pełno było kurzu i piór, pióra wciskały się między strony książek i w kieszenie garniturów, znajdowaliśmy je w popielniczkach i kałamarzach, wytrząsaliśmy z biustonoszy i lamp gazowych. Brat wyłamywał zamki w kolejnej walizce i wybieraliśmy spośród zakurzonego badziewia potrzebne nam rzeczy, powiedzmy słoiczki z pudrem, metalowe grzebienie, pudełka po proszku do mycia zębów, pordzewiałe połamane żyletki, porwane pończochy, wymięte krawaty, wyblakłe sukienki, dziurawe kapelusze, tanie kolczyki, wypisane długopisy, rękawiczki bez pary, notesy z dokładnie zapisanymi wszystkimi codziennymi wydatkami, przebite w niezliczonej ilości miejsc kalki, pęknięte telefony, dziurawe siatki na zakupy, portfele z niezliczonymi kieszonkami i podziałkami, długie damskie fifki, okulary z połamanymi oprawkami, zdeformowane damskie torebki, pożółkłe pisma, czepki kąpielowe, pocztówki z widokami miast, krem do opalania, przełamane na pół aparaty fotograficzne, przeterminowane pigułki antykoncepcyjne, etykietki z butelek wina, bransoletki z czerwonego plastiku i zalane woskiem budziki, fotosy aktorów kinowych i magazyny z krzyżówkami, kalendarzyki z zaznaczanymi przez rok czyimiś miesiączkami i kapsułki z jakimiś lekami, rozerwane koperty z długimi listami i szklane, napełnione krwią strzykawki, siwe peruki i recepty z polikliniki, cerkiewne świeczki i ikony domowej roboty, zdjęcia z czyjegoś pogrzebu, pozowane w studiu fotografie starych kobiet, fotografie z bezlikiem dzieci i dorosłych, nieznane nam twarze, niezrozumiałe dla nas okoliczności, które sobie przywłaszczaliśmy i czyniliśmy swoimi, przez które robiliśmy się, jeśli nie bardziej dorośli, to w każdym razie bardziej doświadczeni. Gołębie latały nad budynkiem, nie odważając się wlecieć, i czekały, kiedy wreszcie zejdziemy na dół. My natomiast się nie śpieszyliśmy, długo obracaliśmy w dłoniach odnalezione przez nas rzeczy, oglądaliśmy zapiski w notesach, rozpoznawaliśmy aktorów na pocztówkach, latem prawie mieszkaliśmy na strychu, tam były jakieś meble, kilka materacy, wylegiwaliśmy się na nich i czytaliśmy stare magazyny z rozwiązanymi przez kogoś krzyżówkami.
Parę lat później pojawiła się dziewczyna mojego brata, przyprowadził ją pewnego razu latem, kiedy nikogo nie było w domu. Została na noc. Leżałam w swoim łóżku, w sąsiednim pokoju, i słuchałam, jak się śmieje. Tamtego lata często do nas przychodziła, rodziców całymi dniami nie było w domu i ona z moimi bratem wesoło spędzała ich pierwsze wspólne wakacje. Kiedyś opowiedziałam jej o naszej kolekcji, siedziałyśmy we dwie w pustym mieszkaniu, było słonecznie i upalnie, zainteresowała się i poprosiła, żeby pokazać jej te stare rzeczy, o których opowiedziałam. Długo oglądałyśmy starą biżuterię, ona, śmiejąc się, przymierzała męskie ubrania i rozpoznawała aktorów, których ja nie znałam. Potem przyszedł brat, usłyszała, kiedy się pojawił i pobiegła na dół. A ja zostałam. Najciekawsze, że ona nigdy nie nosiła kolczyków w uszach, właściwie tak jak ja.
Kiedy wrócisz, pokażę ci resztki mojej kolekcji. Większość rzeczy trzeba było wyrzucić, minęło tyle czasu, sąsiedzi się zmienili, moi rodzice emigrowali i mieszkam w tym mieszkaniu sama. Z tych wszystkich odłamków zostawiłam sobie kilka par damskich pantofli, gdzieś z lat czterdziestych, może z pięćdziesiątych, ale nie później. Nawet nie wiem, do kogo należały. Ze starymi butami jest tak, że one czasem wyglądają jeszcze gorzej niż ich właściciele, pantofle, jak dla mnie, to w ogóle najbardziej intymna część ubrania, rwą się i rozbijają, kurczą i tracą normalny wygląd, bo gdy je nosisz, od początku wkładasz w nie swój rytm, swój krok. Chodzę w nich po mieszkaniu, cisną, ale to takie dziwne uczucie nosić cudze ubranie, korzystać z cudzych rzeczy, zaglądać do czyichś dzienników i notesów – ono cię wyczerpuje, nadłamuje od środka, tracisz spokój i równowagę, tak jakbyś robiła coś zakazanego, i wtedy czyjeś dusze niespokojnie poruszają się w mroku, za każdym razem, kiedy zakładasz ich pantofle lub czytasz ich listy. Oczywiście, to dlatego że spokój jest w ogóle pojęciem iluzorycznym, nieprawdziwym i nie ma się co spodziewać, że po beztroskiej i spokojnej śmierci czeka cię cisza i odpoczynek, ja z jakiegoś powodu myślę, że nawet po śmierci, kiedy stracisz jakikolwiek kontakt z tymi, których kochałaś, przez których cierpiałaś i których cały czas ci brakowało, mimo wszystko nie zdołasz osiągnąć spokoju, chowając się w ciemnościach tamtego świata, będziesz się męczyć i cierpieć za każdym razem, kiedy ktoś, nie zwracając na ciebie żadnej uwagi, będzie zakładać twoje sandały.
SERHIJ ŻADAN, WYDAWNICTWO CZARNE |