  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | Judith Katzir Matisse ma słońce w brzuchu - fragment |
|  |  |
 |  |
W nocnym klubie w Krakowie upijemy się wódką Wyborową, zatańczymy z rozpalonymi policzkami i wyszepczesz: «Jestem żałosny, wstydzisz się mnie?», a ja obejmę cię ze wszystkich sił, a potem będziemy się kochać w pokoju skromnego hotelu.
Pewnego dnia odłączymy się od grupy i wsiądziemy do pociągu do Lublina, pewnie miniemy wsie, lasy, wagony towarowe i porozmawiamy o niczym, będziemy trzymać się za ręce, a może odwiedzimy po drodze stare miasto Zamość, gdzie urodziła się twoja pierwsza miłość – Róża Luksemburg. Dotrzemy do stacji Lublin i rozklekotaną taksówką, polskim fiatem, udamy się do centrum miasta w poszukiwaniu domu, gdzie się urodziłeś, a kobieta o szerokiej twarzy, w chustce na głowie, z siatką z zakupami przeprowadzi nas przez ulicę, a ty powiesz jej: «dzenkuje bardzo», pocałujesz ją w rękę, a ona zaczerwieni się i zaśmieje podobnie do wymuszonego śmiechu babci Pniny, gdy spotykała na korytarzu zegarmistrza Zisa.
I staniemy na wprost niskiego, żółtawego domu, zapukamy do drzwi, które otworzy młoda, jasnowłosa dziewczyna z niemowlęciem na rękach, a ty wykrztusisz skrawki zdań po polsku i w jidysz: «Kiedyś tu mieszkałem, można wejść?», i wzruszony, zakłopotany, będziesz potykał się w tych dwóch małych pokojach o porysowany stół, stary telewizor, stos upranej bielizny na łóżku, zapach gotującej się zupy i moczu, a czteroletni chłopczyk schowa się za nogę mamy, zerkając na nas z obawą. Wymamrotasz słowo podziękowania i wyjdziemy, spacerując w stronę parku, gdzie pewnie matka woziła cię w wózku zanim zacząłeś to pamiętać, twoje niebieskie oczy ze zdumieniem będą wpatrywać się w przesuwające się nad wierzchołkami drzew niebo, nad srebrnymi liśćmi topoli, usiądziemy na ławce, popatrzymy na dwójkę dzieci zaplątanych w długie gałęzie drzew, na grupę dziewczynek skaczących na skakance, na ich jasne warkocze z kolorowymi wstążkami uderzającymi o ramiona i będziemy się długo całować, bo będzie to jak opatrunek na rany.
Potem poczujemy nagły głód i wejdziemy do małej, domowej restauracji, podobnej do restauracji Zukiera w Tel Awiwie, zamówimy śledzia w śmietanie, barszcz, gołąbki i kompot, a twoja twarz zaczerwieni się od rozkoszy i gorących potraw, odsuniesz wyimaginowany kosmyk moich włosów i powiesz: «Kochanko, kocham cię bez końca», a ja zawołam starszą kelnerkę w poplamionym fartuchu w kształcie półksiężyca i poproszę, by zrobiła nam zdjęcie: «Proszę tylko tu nacisnąć, to bardzo łatwe», a jej pomalowane czerwoną szminką usta rozciągną się w uśmiechu, odsłaniając dwa złote zęby, jakby to jej robiono zdjęcie, i będzie to nasza jedyna fotografia.
Później pójdziemy poszukać gimnazjum, gdzie twój ojciec nauczał w latach trzydziestych, zanim został wcielony do sowieckiego wojska, i dotrzemy do olbrzymiego budynku z czerwonej cegły. Na tylnej ścianie wśród całej masy graffiti zaczernieje napis Skinheads, a pod nim rysunek swastyki, a ty powiesz, że nic się tu nie zmieniło. Wejdziemy do gabinetu dyrektora, młodego, uprzejmego mężczyzny pod wąsem, a on powie, że nie ma żadnych dokumentów z tamtego okresu, nie ma nawet fotografii, bo przecież szkoła uległa zniszczeniu podczas wojny i odnowiono ją dopiero w latach pięćdziesiątych, ale niedaleko stąd mieszka stary nauczyciel, który od lat jest już na emeryturze i na pewno wszystko pamięta.
Będziemy siedzieli w pokoju wysuszonego nauczyciela o ptasiej twarzy i ostrej jak ołówek pamięci, a on opowie nam o szkole, jaką pamięta sprzed pięćdziesięciu lat i o żydowskim nauczycielu, Libermanie, który był jego najlepszym przyjacielem i poszedł walczyć w szeregach Armii Czerwonej: «A potem został ranny i ożenił się z rosyjską pielęgniarką, która się nim opiekowała, i urodziły mu się dzieci i wnuki, nie tak dawno dostałem od niego list, zaraz wam pokażę», wstanie i poczłapie w pantoflach do biurka, napisze adres na kawałku papieru i powie: «Więc naprawdę jesteś jego synem, nie do wiary, przez te wszystkie lata byłem przekonany, że hitlerowcy was zamordowali».
A ty oprzesz się o ścianę domu, będziesz oddychał ciężko, trzymając się za serce, a ja pomyślę z przerażeniem, gdzie w tym obcym mieście znajdę jakiś szpital, a ty powiesz: «Wcale nie jestem pewny, że chcę go teraz spotkać, po tym całym życiu, ale inaczej przecież nie można».
Judith Katzir |
|  |  |
|  |
 |