Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter (nowe!!!) 
Zobacz też
Bitwa o handel
HYMN MŁODZIEŻY DEMOKRATYCZNEJ
Alianci
„Sprzedana muzyka”
KOGO NIE ZNAM
Judith Katzir Matisse ma słońce w brzuchu - fragment
       
       
       W owym czasie księgarnia zaczęła podupadać, aż doszła, jak to się mówi, do samego dna, żona uparła się, żeby ją zamknąć, a Golden, który nie miał już sił wysłuchiwać jej krzyków, zaczął się nad tym poważnie zastanawiać; Amos powiedział mu wprawdzie: „W dniu, w którym zamkniesz księgarnię, pójdziesz do sklepu Sznela i kupisz sobie gruby sznur, żeby się powiesić”, ale Golden postanowił się poddać, wówczas Amos poprosił Miriam o spotkanie w cztery oczy, żeby jej wytłumaczyć, jak ważna jest księgarnia dla zdrowia psychicznego Goldena, zaproponował też, że sam pomaluje sklep, nieodnawiany od dwudziestu lat, a w wolnych chwilach pomoże w sprzedaży, a Miriam, która złościła się na Amosa od czasu „ich miodowego miesiąca w Londynie”, którego w żaden sposób nie mogła im wybaczyć, ku jego zdumieniu zgodziła się na spotkanie i umówili się w kawiarni „Marsand” na rogu ulic Ben Jehudy i Friszman.
       
       Amos przyjechał z uniwersytetu, ale kiedy wysiadał z autobusu, przeraził się, że jest spóźniony dziesięć minut, a że nie chciał zepsuć, jak mu się wydawało, dobrego humoru Miriam, ruszył biegiem, a kiedy dotarł na róg ulicy Friszman, przebiegł na czerwonym świetle, wtedy uderzenie czarnej taksówki podrzuciło go do góry, upadł na środek jezdni, leżał tam zakrwawiony i nieprzytomny, aż nadjechał ambulans, zabierając go do szpitala, gdzie następnego dnia o świcie zmarł. Księgarnia nie została zamknięta, Miriam zrozumiała, że po odejściu Amosa, jeśli odbierze mężowi księgarnię, on kompletnie się załamie, natomiast Golden w głębi serca obwiniał ją i nigdy jej nie wybaczył, sobie również; zebrał niewielki zbiór wierszy Amosa i obchodził wszystkie wydawnictwa, aż w końcu ktoś się zgodził, może na skutek jego uporu zlitował się nad nim, tak więc skromny tomik ujrzał światło dzienne i sprzedano go w kilkudziesięciu egzemplarzach, głównie w księgarni Goldena, który obłożył nim całą witrynę i błagał każdego klienta, żeby go kupił, wprawiając tym w zakłopotanie.
       
       Od tego czasu wpatrywał się znad swoich okularów w każdego młodzieńca, który wchodził do sklepu: „Ten chłopak ma tak samo żarliwe oczy jak on” – szeptał żonie czasami, nigdy jednak nie wymieniając jego imienia. Przez lata zaprzyjaźnił się z kilkoma innymi chłopcami, szczególnie z Amnonem, utalentowanym muzykiem studiującym kompozycję i dyrygenturę, i z Michałem, studentem literatury francuskiej – czasami widywała ich w księgarni – lecz jego nowi przyjaciele, z którymi także pił kawę i długo przechadzał się po ulicach, nie zdołali zatrzeć żałoby, tęsknoty i poczucia winy, jakie malowało się na jego twarzy.
       
       Często opisywał jej przedstawienia lub opowiadał anegdoty z życia teatru, tak jak teraz, kiedy oboje siedzą na wiklinowych taboretach, a ona trzyma w ręku „Smutną ulicę jednokierunkową”, małą książkę Aleksandra Pena, którą Golden podarował jej mimo protestów i nawet nie chciał, żeby mu dziękowała: „Co z tobą, za książki się nie dziękuje – on mówi już od godziny, a ona musi iść i nie wie jak mu przerwać. – A czy słyszałaś o Rozie Lichtenstein? Wspaniała aktorka, zawsze ubrana w to, co przewinęło się przez trzy pchle targi, a na jej szyi wiszą dwa wypłowiałe uliczne koty niczym etola, wchodzi do księgarni z rozwianymi włosami i z obłędem w oczach, a za nią cała świta kotów, osiem albo dziewięć, mówi ze mną tylko po niemiecku, hebrajskiego wcale nie zna, a wieczorem widzę ją w teatrze Cameri w roli swatki w „Skąpcu”, gdzie ubrana jest w elegancką szarą suknię, szary kapelusz i rękawiczki aż za łokcie, prawdziwa lady i gra w płynnej hebrajszczyźnie, nawet bez akcentu, a nazajutrz pokazuje się w księgarni w swoich szmatach z kotami i pyta mnie: – Sprechen Sie Deutsch?”.
       – Nigdy jej tu nie widziałam – zdziwiła się, a Golden się roześmiał.
       – Jak mogłaś ją zobaczyć, skoro zmarła, zanim się urodziłaś?
       – Muszę lecieć – mówi Rywi – mam zajęcia o drugiej.
       (...)
       
       „A może powinnam nas zabrać w inne miejsce – zastanowi się kiedyś – może nie w oślepiające światło pustyni, lecz pod zszarzałe niebo, nagie, ośnieżone drzewa, do wsi z niskimi dachami obok torów kolejowych, na jedną z tych wycieczek, które matka organizowała w ostatnich latach życia dla dzieci swoich starych klientów. Kiedyś dziadek wysłał ich na koszt rządu niemieckiego do sanatorium, a teraz ich dzieci chciały wrócić do przeszłości ze starzejącymi się rodzicami, zabierając ze sobą także ich wnuki, jeździły całe rodziny, a kiedy wracali, przychodzili, żeby podziękować: «Bardzo dziękujemy, pani Schenhar, to było wspaniałe, tak płakaliśmy».
       
       Tak, mogłam przecież przygotować dla nas taką wycieczkę, należało tylko zamienić słomkowe, kolorowe kapelusze państwa Grant na rosyjską futrzaną czapkę z nausznikami, a kiedy wiatr strząśnie ją z jej głowy, pan Grant pobiegnie za nią po śniegu, będą się obrzucali śnieżkami, śmiejąc się jak dzieci.
       
       Podczas wizyty w Auschwitz będą stali, trzymając się za ręce i z uroczystym wyrazem twarzy posłuchają przewodnika: «Czterdzieści dwa kilometry kwadratowe, cztery miliony dwieście tysięcy ludzi, pięć krematoriów, a gdyby tak zapleść te wszystkie zgromadzone tu włosy w jeden warkocz, połączyć osiemset tysięcy par butów, pędzli do golenia, szczotek do ubrań, szczoteczek do zębów, protez, złotych zębów, guzików, walizek, parasoli, płaszczy, kapeluszy, tałesów, dziecięcych ubranek, a także górę okularów, można by jak nic otoczyć całą kulę ziemską, i to nawet dwa razy». Pani Grant zaszlocha w różową, papierową chusteczkę, a my oddalimy się od grupy i wejdziemy do obozowego archiwum, znajdziesz tam dziadków, babcie i wujków, których cienie ścigały cię przez całe dzieciństwo, a ja odkryję rodziców i rodzeństwo, dziadka i babcię Hirschów i nagle będziemy mieli tutaj wielką rodzinę, zarówno ze strony pana młodego, jak i panny młodej.
       
       Na zewnątrz będzie bardzo mroźno, będzie wiać przeszywający wiatr, a ty gołymi rękami dotkniesz drutu kolczastego, który wejdzie ci w ciało i wyszepczesz: «Mogłem tu skończyć w wieku pięciu lat, skąd u tej starej wariatki myśl, żeby uciec zawczasu», a ja pomyślę, że może właśnie teraz nie będziesz już musiał robić dzieci z drutu kolczastego i zrozumiesz, że można rzeźbić inne rzeczy.
       
       


« poprzedniastrona: 1  2  3  4  5 następna »

Judith Katzir

Patronat
medialny
 Stała
współpraca
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.