Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter (nowe!!!) 
Zobacz też
Bitwa o handel
HYMN MŁODZIEŻY DEMOKRATYCZNEJ
Alianci
„Sprzedana muzyka”
KOGO NIE ZNAM
Judith Katzir Matisse ma słońce w brzuchu - fragment
       Podczas tych wszystkich miesięcy od czasu do czasu spotykała się z Szajem, głównie po to, żeby się z nim przespać, poczuć jego gładkie i szczupłe ciało, przyjemny dotyk skóry, jego usta, a pewnego wieczoru, gdy byli razem w łóżku, usłyszała znajome pukanie do drzwi, wstała nago i przez zamknięte drzwi powiedziała:
       – Igal, jestem teraz zajęta, przyjdź kiedy indziej.
       – Przyjdę – odpowiedział.
       Ogarnęły ją wyrzuty sumienia i po chwili poprosiła Szaja, aby sobie poszedł, a następnego dnia rano wychodząc z domu zobaczyła na białych drzwiach napisane czarnym mazakiem:
       
       Nikt nie zna tej nocy jak ja,
       nikt nie przeżywa tej nocy jak ja.
       Nikt nie kona tej nocy jak ja
       na smutnej ulicy jednokierunkowej.
       
       Uśmiechnęła się do siebie, zastanawiając się, czy nie zmazać tego wiersza, na wypadek gdyby przyszła właścicielka mieszkania czy poskarżył się któryś z sąsiadów, tymczasem postanowiła to zostawić jako jakiś dowód, przepisała sobie wiersz do żółtego brulionu, gdzie zapisywała streszczenia wykładów, a czasami w nagłym natchnieniu swoje własne przemyślenia; pomyślała, że warto wstąpić przed zajęciami do Goldena i odszukać cały wiersz, nie wiedziała czy jest on Altermana, Pena, a może Halfiego, a Golden, do którego wszyscy zwracali się po nazwisku i niewielu znało jego prawdziwe imię, Samson, pewnie zaprosi ją na kawę, którą przyniesie na okrągłej tacy drobnymi, szybkimi krokami z kawiarni naprzeciwko, tak jak to robił za każdym razem od czasu, gdy po raz pierwszy odkryła jego księgarnię, kilka miesięcy po przybyciu do Tel Awiwu; otworzyła wtedy niebieskie drzwi, zajrzała do środka i od razu poczuła się oczarowana: stara kamienna posadzka, a na niej namalowane zielone i wyblakłe pomarańczowe kwiaty, ciemne, drewniane regały, a na nich książki od podłogi aż po wysoki sufit – aby dotrzeć do wyższych półek, Golden ostrożnie wdrapywał się na długą i wąską drabinę – brązowy, ciężki kontuar z niewielkimi szufladami na ołówki, gumki i ozdobne wstążki do pakowania prezentów, na ścianie wisiały teatralne afisze z lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych, w kącie stał niski stół z dwoma wiklinowymi taboretami, gdzie przesiadywała godzinami przeglądając tomiki wierszy i sztuki teatralne, na którym teraz Golden postawił dwie filiżanki kawy.
       
       To, że straci pierwsze czy nawet drugie zajęcia, nie miało dla niej znaczenia, bo uwielbiała z nim przesiadywać i słuchać historii jego życia, anegdot z księgarni i życia miasta, które roztaczał przed nią bez żadnego chronologicznego porządku, bo wszystko w jego oczach było jedną toczącą się i niekończącą żywą historią, niejednokrotnie mówił w czasie teraźniejszym o ludziach, którzy już dawno umarli i wydawało się jej, że nie mówi tak przez swoje starcze otępienie, ale przez pragnienie, które zmuszało go do postrzegania pisarzy i kompozytorów, których uwielbiał: Kafkę, Prousta, Flauberta, Verdiego, Mahlera i wielu innych, jako swoich bliskich przyjaciół i do zapoznania się z każdym szczegółem ich życia, bowiem od chwili, kiedy jako dziecko, na początku lat trzydziestych, przybył do kraju z matką i ojcem – człowiekiem wykształconym i szlachetnym, który aż do śmierci pracował jako zecer w wydawnictwie Szrebek – postrzegany był jako roztargniony chłopiec zatopiony w książkach, muzyce, jako namiętny wielbiciel teatru i podczas gdy jego koledzy z gimnazjum Hertzli działali w Haganie, a potem przywdziali mundury i zgłosili się do Palmachu, Golden chodził w trzyczęściowych garniturach uszytych z brytyjskiego płótna przez artystę-krawca z ulicy Nachalat Benjamin, rankami przemykał na próby do filharmonii w sali Ohem Szem, a wieczorami chodził na przedstawienia do Habimy, tłumiąc chusteczką swój gruźliczy kaszel, z powodu którego od czasu do czasu zmuszony był wyjeżdżać na górę Karmel lub do Jerozolimy, by poczuć suche, górskie powietrze.
       
       


« poprzedniastrona: 1  2  3  4  5 następna »

Judith Katzir

Patronat
medialny
 Stała
współpraca
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.