  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | The Thing - rewelacja ze Skandynawii |
|  |  |
 |  | Panie i Panowie! Czapki z głów! Nadciąga (już nadciągnął): The Thing!
 Obiecałem sobie, że o koncertach Krakowskiej Jesieni Jazzowej napiszę dopiero po ich zakończeniu. Może to błąd, bo organizatorom i animatorom tego bezprecedensowego, przynajmniej w skali Krakowa, przedsięwzięcia należałoby się zauważenie zdecydowanie wcześniej. Tak, czy inaczej słowa dotrzymywałem pomimo wspaniałych spotkań i z FME i z Trio-X i wieloma innymi zespołami. Tym razem jednak nie wytrzymałem.
Panie i Panowie! Czapki z głów! Nadciąga (już nadciągnął): The Thing! Nie omieszkam użyć słowa "rewelacja" ze Skandynawii. The Thing to zespół trzech wirtuozów. Od lewej do prawej: Paal Nilssen-Love - perkusja, Ingebrigt Haker-Flaten - bas i Mats Gustafsson - saksofon barytonowy i flutofon.
The Thing wszedł na scenę "Alchemii", by dać jedyny koncert w Polsce i po prostu zmiótł publiczność. Kto nie został zmieciony albo zasnął (w co nie bardzo chcę wierzyć), albo pozostaje kompletnie nieczuły na tego typu emocje, jakie dostarcza ten zespół. Możliwe. Wszysko jest możliwe. I w zasadzie takie motto Skandynawowie winni sobie przybrać. W ich muzyce jest bowiem możliwe praktycznie wszystko, co tylko możliwe jest do zagrania w takim składzie. I trochę więcej. The Thing udowadnia (jakby nadawała się ta teza do dowodzenia), że materią muzyczną może być wszystko, a efekt zależy wyłącznie od muzyków.
Materiał dwóch setów stanowiły utwory złożone w coś na kształt suit, które składały się z kilku połączonych ze sobą kompozycji. Pośród ich kompozytorów, kalejdoskop barw: Ornette Coleman, Peter Brötzmann, Yeah Yeah Yeahs, Black Sabbath, Lars Gullin i sami członkowie zespołu. I pewnie jeszcze więcej, ale sklerozę już mam i nie wszystkie nazwiska pamiętam. Niezależnie zatem, czy podłoże tej muzyki stanowi hard rock, pop, czy free jazz, wszystko zostaje wymieszane w jednym tyglu. Nieistotne, czy energia burzy ściany, czy cichych dźwięków niemal trzeba się domyślać, czy też słyszymy akustyczne trio, czy instrumenty (bas, a jak się okazało pod koniec koncertu, także baryton) zostają przetworzone przez dość proste przystawki, muzyka pozostaje i przekonywująca i będąca bardzo swoistą wypowiedzią The Thing. W ich muzyce łączą się wpływy niemal całej dotychczasowej historii muzyki. Praktycznie tam, gdzie tylko w muzyce pojawiała się improwizacja, wpływy tej muzyki są słyszalne u The Thing. Z drugiej strony jednak, chyba nie sposób tych wykonań pomylić z jakimikolwiek innymi. Na dodatek, lub nawet niemal na pierwszym planie pojawia się rockowa ekspresja.
Na którymś z forów internetowych podzieliłem się refleksją, że z Krakowskiej Jesieni Jazzowej w pamięci na długo pozostaną mi perkusiści. Pewnie nie tylko, jednakże nagromadzenie rewelacyjnych muzyków zasiadających za zestawem (praktycznie zawsze tym samym, co daje jeszcze lepszy wgląd w sposób gry), był iście królewski. Paal Nilssen-Love niewątpliwie do takich należy. Z The Thing pojawił się na deskach "Alchemii" po raz trzeci. Tym razem, chyba w swej najbardziej ekspresyjnej, żywiołowej wersji. Mam też wrażenie, że w takiej, która jest najbliższa jego sercu, czy temperamentowi. To jeden z tych perkusistów, którzy zmieniaja oblicze tego instrumentu. W muzyce jazzowej mieliśmy i perkusistów swingowych i free jazzowych i jazz rockowych i precyzyjne cyborgi (o ile te ostatnie w ogóle grały). Słuchając dużej ilości coraz młodszych muzyków, a i otwartych na nowinki starszych, mam nieodparte wrażenie, że zmienia się jazzowy perkusyjny beat. Coraz częściej perkusiści sięgają po szybkie, dosadne rockowe, nawet hardcorowe patenty, ale z drugiej strony muzyka wciąż rozpoznawana może być jako jazzowa. Paal jest jednym z takich muzyków. Słuchając go, słucha się jakby historii współczesnej perkusji, tyle, że nie w akademickim, pustym wykładzie, ale w praktycznym zastosowaniu. I już nie ma żadnych złudzeń - to po prostu gra. I to jak!
Basistę zauważyłem kiedyś w jakimś duecie z Kenem Vandermarkiem, jednakże dopiero zobaczyć Ingebrigta Haker-Flatena na żywo jest przeżyciem. W studyjnym zaciszu jeszcze się nieco oszczędza, jakby cyzelując akustyczne dźwięki. Z The Thing pojawia się znów... rockowe granie. Sprzężenia zwrotne, piski, skowyty, zgrzyt sfuzzowanego akustycznego kontrabasu, to materia, z której daje się skonstruować całkiem ciekawy podkład. Niekoniecznie wyłącznie rytmiczny. Czasem kolorystyczny. Niekiedy służący wyłącznie nadaniu utworowi odpowiedniej ekspresji. Kontrabas staje się instrumentem totalnym. Można weń stukać, można wzbudzać jego struny sprzężeniami, można grać smyczkiem... jak się tylko chce.
No i jeszcze Mats Gustafsson, człowiek, który, gdyby nie to, że gra na barytonie w jazzowym, jakby, zespole winien swą energią obdarzyć co najmniej kilku gitarzystów trash metalowych kapel. O nim nie wolno pisać. To i tak niczego nie odda. Niczemu nie służy. Jego trzeba słuchać. Jego nie wolno nie słuchać. Najlepiej na żywo. Genialny saksofonista. Po prostu.
A na koniec były dwa bisy.
Paweł Baranowski, DIAPAZON |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |