Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter (nowe!!!) 
Zobacz też
Bitwa o handel
HYMN MŁODZIEŻY DEMOKRATYCZNEJ
Alianci
„Sprzedana muzyka”
Judith Katzir Matisse ma słońce w brzuchu - fragment
Czapeczka
Ten szczególny dzień pracy zapamiętał na całe życie, chociaż nie był wcale dumny z tego, co zrobił (...)

        Z jej zakupem wiąże się ciekawa historia. Nabył ją całkiem przypadkowo. Podczas sentymentalnego pobytu w Krakowie i związanego z nim szwendania się bez celu po rynku i okolicach, poszedł ze swoją kobietą na szybką kanapkę na gorąco do baru, mieszczącego się na podwórzu jednej z kamienic przy ulicy Floriańskiej. To była właśnie ta kamienica. W jej bramie gruba babka po czterdziestce prowadziła małe stoisko z okularami przeciwsłonecznymi i jakby przy okazji sprzedawała także czapeczki, głównie sportowe, z idiotycznymi nadrukami bądź naszywkami. Ale dwie czapeczki zwróciły szczególnie ich uwagę. Były niemal identyczne. Stylizowane na lekko zdezelowane od długiego noszenia z parą metalowych guziczków po obu stronach i ładnie wyprofilowanym daszkiem. Różnica była tylko taka, że jedna była w kolorze czarnym, który oczywiście najbardziej mu odpowiadał, jako że nosił się na czarno, a druga w stalowo-oliwkowym, więc od razu pomyślał, że jest w sam raz dla niej. Przymierzyli i zapytał o cenę. Okazały się wcale tanie, ale odżałował tą pięćdziesiątkę. Dostał nawet dwa złote rabatu, żeby im, jak stwierdziła w żartach sprzedawczyni, wystarczyło na koniec wizyty w Krakowie na dwa obwarzanki.
        Jego czapeczka przeszła chrzest bojowy na Festiwalu Kultury Żydowskiej, z powodu którego przyjechali do tego specyficznego miasta nad Wisłą. Potem zakorzeniła się w codzienności i to tak mocno, że zdarzało mu się nie zdjąć jej przez cały dzień, nawet jeżeli spędzał go w domu.
        Ten szczególny dzień pracy zapamiętał na całe życie, chociaż nie był wcale dumny z tego, co zrobił i z następstw, które jego postępowanie przyniosło. Ale wiedział w głębi duszy, że zrobił dobrze. Był to jedyny możliwy wybór, który pozwolił mu obronić własną godność i wewnętrzną wolność oraz pozostać w zgodzie z samym sobą.
        Zaczął się jak zwykle bardzo leniwie. Monotonia pracy za barem i koniecznych czynności, niekiedy kompletnie głupich i, według jego mniemania, niepotrzebnych... Aż do chwili, w której znienawidzona przez wszystkich menadżer baru, albo raczej „kierowniczka bufetu” czy też po prostu Jędza, jak zwykł o niej myśleć, a niekiedy i mówić do współpracowników, kazała mu zdjąć czapeczkę, by zaspokoić swoją potrzebę pomiatania podwładnymi.
       - Nie – powiedział bardzo wolno i bardzo stanowczo.
       - Proszę cię, abyś ściągnął tą głupią czapkę – powtórzyła Jędza i spiorunowała go wzrokiem.
       - Nie, nie ściągnę. Niby dlaczego mam ją ściągnąć?
       - Bo ja tak chcę!
       - Co to za argument?
       - To polecenie...!
       - To nie polecenie, tylko twój kaprys. Jutro powiesz mi, że nie podoba ci się to, że ubieram się na czarno, tak? Nic z tego!
       - To możesz stąd wyjść, jak ci coś nie pasuje!
       - Dzięki. Zostanę.
       Został, co nie znaczy, że sytuacja poprawiła się.
       Starał się pracować normalnie, rozmawiać z klientami i nie pokazywać po sobie, że jest zdenerwowany. Gdzieś w środku czuł twardą kulę lodu, która nie pozwalała zapomnieć mu o sprawie.
       - Rozumiem, że mam szukać za ciebie zastępstwa, bo nie przychodzisz jutro do pracy – spytała w końcu Jędza i sięgnęła po telefon bezprzewodowy.
       - Nie, dlaczego? – Wzruszył ramionami. – Ja bardzo lubię swoją pracę, więc chętnie jutro przyjdę...
       - Czyli, rozumiem, ściągasz czapkę i przychodzisz jutro do pracy, tak?
       - Nie. Czapki nie ściągam. I przychodzę do pracy.
       - Czy ja wyrażam się niejasno?
       - Jasno, ale ja już powiedziałem swoje...
       - Rozumiem. Masz zasady.
       - Mam zasady – powtórzył martwym głosem i odwrócił się od niej.
       - No to tyle...
       Wrócił do przerwanej czynności, układania szkła w szafce. Żałosna jest, pomyślał.
       Koleżanka ze zmiany popatrzyła na niego badawczo, ale nie odezwała się, co przyniosło mu, sam nie widział, ulgę?
       - Słyszałaś – zapytał po dłuższej chwili.
       - Słyszałam. Jak myślisz, zwolni cię?
       - Nie wiem – odparł, a potem dodał jeszcze: - Każda wojna pociąga za sobą ofiary...
       To był ostatni dzień jego pracy.
       Dzień kiedy zwykła czapeczka, trochę esesmańska, a trochę żydowska, jak zwykł mawiać w żartach, stała się symbolem walki o godność osobistą i wolność wewnętrzną.
       I zarzewiem buntu.
       
       Arkadiusz Buczek
       www.arkadiuszbuczek.republika.pl


Arkadiusz Buczek

Powiązane tematycznie

Ludzie:
    Arkadiusz Buczek

Patronat
medialny
 Stała
współpraca
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.