  |  |  |  |  |  |  |  |  |  | Braterstwo Miłosierdzia Bożego |
|  |  |
 |  | Wracam za bar i udaję profesjonalistę. Nawet nieźle mi to wychodzi. Kręcę się w kółko i wszystko poprawiam, przesuwam z miejsca na miejsce.
 Zainstalowałem się w małej restauracji przy Placu Sobotnim. Jest to miejsce targowe w samym środku starej dzielnicy, na którym można kupić wszystko, od żarcia przez tanie ciuchy do starych rupieci włącznie. Zależy tylko na jaki dzień się trafi. Knajpa w której pracuję jako barman nie ma żadnego konkretnego wyrazu i nie pasuje do Placu - ale jest parę innych i ciekawszych knajp, dobrych do wypicia i to mnie pociesza. Ładny wystrój nie komponuje się ani z mdłą muzyką, którą jestem zmuszony grać do znudzenia zgodnie z kaprysem despotycznego szefa, ani też z charakterem południowej kuchni. Ale co tam. Ważne że kasa niezła. Chociaż praca po siedemnaście godzin na dobę nie jest szczytem moich marzeń... Zawsze myślałem o czymś spokojnym - jeśli już wyszło na to, że muszę pracować - jak antykwariat, czy sklep ze starociami. Martwa cisza, którą ze dwa razy dziennie przerywa jakiś zwabiony zakurzoną wystawą klient. Nie truje dupy, jak zepsute drogimi zabawkami dziecko, tylko w milczeniu chłonie wszystko co może zaoferować mu zatęchłe wnętrze sklepu. Potem decyduje się na jakiś drobiazg, więc pakuję go ostrożnie w papier i biorę kasę. Gdy wychodzi uśmiecham się grzecznie i zabieram się za upajanie zaległą ciszą. Jeszcze tylko dzwonek nad drzwiami dźwięczy cichutko, coraz ciszej...
Tak. Wszystko ładnie-pięknie, ale gdzie jest kurwa moja zapalniczka. Ma ją kelnerka - nieskalane życiem jasnowłose osiemnastoletnie dziecię - więc opierdalam ją ile wlezie i idę zapalić na zaplecze. Rozwalam się na składanym krześle i palę przyglądając się jak kucharz zasuwa przy produkcji ciasta na pizzę. Jest to brudna i lepka robota, ale przynajmniej nikt mu nie przerywa, tak jak mnie. Zawsze jak coś robię i chcę się na tym skupić, jakiś chuj chce popielniczkę albo rurkę do soku. Czy on kurwa nie wie, że nie jestem ośmiornicą?
Wracam za bar i udaję profesjonalistę. Nawet nieźle mi to wychodzi. Kręcę się w kółko i wszystko poprawiam, przesuwam z miejsca na miejsce. Nalewam jakieś piwa, robię przekombinowaną kawę... Zmieniam płytę. Następny ciotowato-łzawy wypłoch zawodzi swoje głodne kawałki. Łeb mi pęka. Postanawiam po powrocie do domu posłuchać czegoś ostrego i pokręconego. Czegoś w moim stylu.
Za oknami jest już ciemno. W żółtym świetle narożnej latarni widzę jak w kalejdoskopie zapierdalające płatki śniegu. Pewnie jak stąd wyjdę Plac będzie przypominał zupę mleczną. Znowu przemokną mi buty i skarpetki, a spodnie będę miał utytłane śniegiem do kolan...
Ktoś znowu wejdzie. Widzę to przez oszklone drzwi. Tyle było spokoju co zapaliłem. Nie mylę się prawie nigdy. Do środka wtacza się dwóch gości. Wtacza bo starszy jest o kulach a młodszy steruje nim tak, by nie poślizgnął i nie grzmotnął na posadzkę. Ja to mam szczęście do dziwnych ludzi, całe zasrane życie. Rozwalają się przy stole najbliżej drzwi. Młodszy gość jest niezwykle nerwowy, przez cały czas wierci się niespokojnie. Stary wygląda sympatycznie pomimo czerwonej od mrozu twarzy. Wyciąga z krótkiego płaszcza portfel i podaje temu drugiemu, a on podchodzi do baru. Ma trochę pokancerowany niedogolony pysk i brakuje mu paru zębów na przodzie. Brudne łapy opiera na blacie baru i pochyla się do przodu, w moim kierunku. Czuję że już trochę wypił. Wygląda mi na okolicznego żula.
- Co panu podać? - Standardowa formułka, ale mimo to przyprawia mnie o niesmak.
Odwraca się w stronę stolika:
- Jureczek, co sie napijesz?
Stary zastanawia się wydając jakieś cmoknięcia czy mlaśnięcia.
- A... kawe. Czarną.
- No to czarną kawe, a dla mnie piwo - mówi gość. - I jeszcze dwie wódki. Zimne.
- Proszę usiąść. Przyniosę. - Następna idiotyczna formułka.
Biorę od niego kasę, później nalewam piwo, wódki i robię kawę. Zanoszę im wszystko i mam znowu spokój. Na jakąś chwilę. Czasami popatruję na nich ostrożnie, bo coś z nimi jest nie tak. Tylko nie wiem jeszcze co. Zastanawiam się oparty o zlew paląc kolejnego papierosa - ten nałóg zżera mnie powoli, ale mam to w dupie. Później gdy idę zebrać szkło z sąsiedniego stolika, dowiaduję się co nie gra. Stary zaczepia mnie pod nieobecność swojego kumpla, który jest w kiblu, i mówi łapiąc za mankiet koszuli:
- Wie pan co...? Ja jestem bezdomny. Ale nie chcę tam już być...
Podążam wzrokiem za jego trzęsącym się palcem. Po drugiej stronie Placu - dokładnie naprzeciwko - znajduje się Braterstwo Miłosierdzia Bożego. Idąc do pracy widzę nieodmiennie długą kolejkę bezdomnych czekającą na żarcie. Zawsze kiedy przechodzę obok, sępią ode mnie fajki. Niektórzy chyba tam nocują. Tak mi się wydaje. Nie interesuję się tym, bo nie jestem bezdomny. Poza tym antykatolicki ze mnie skurwysyn, więc takie instytucje napawają mnie odrazą. Nagle słyszę jak dziadek mówi:
- ...ja bym chciał jakieś malutkie mieszkanko. Mam rente. Nie jestem lump.
Widzę że jego kieliszek jest pełny. Drugi już zapomniał jak to jest być pełnym wódki. Ten młody żulik nie wylewa za kołnierz. Piwo też mocno nadwerężone...
- Nie wie pan, czy w tej kamienicy można coś znaleźć? - Pyta dziadek.
- Niestety, nie wiem - mówię i odchodzę.
Młody wychodzi z kibla i od razu:
- To co Jureczek? Napijemy sie, nie?
Stary bierze posłusznie kieliszek do ręki i upija trochę wódki. Krzywi się. Przepija kawą, która już pewnie wystygła. Młody podnosi pusty kieliszek.
- Ale ja już nie mam, Jureczku.
Szturmuje bar po dwie następne banie. Dziadek oponuje, ale gość wyraźnie go olewa. Co mam robić? Nalewam te dwie jebane wódki, ale nie dostaję kasy. To nic. Jak nie zapłaci, to wyjdzie. Siada przy stole i wypija od razu. Kończy piwo i wychodzi. Po drodze zostawia mi na barze kasę. Dziadek siedzi spokojnie. Próbuje do mnie coś zagadać na odległość, ale nie mam ochoty słuchać go. Daje za wygraną i siedzi potem cicho.
Arkadiusz Buczek |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |