Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter (nowe!!!) 
Zobacz też
Bitwa o handel
The Thing - rewelacja ze Skandynawii
Maleńczuk się żegna
Kroniki zapowiedzianego rozstania
Wielki jazz
Ken ma w Alchemii swoją publiczność
Po dwóch dniach spędzonych na krakowskich, alchemicznych koncertach myślę, że mogę pokusić się na pewne podsumowanie.

Kiedy słucha się jakiegoś artysty, czy jeszcze lepiej jednego zespołu od lat, ba, można stwierdzić niemal śledzi jego dokonania, ogląda koncerty, wówczas za każdym nowym z nim spotkaniem istnieje pokusa porównań. Pokusa postrzegania rozwoju tego zespołu.

W jakim miejscu był, w jakim jest. Tym bardziej jest to aktualne, gdy stały skład zespołu ulega zmianom. Towarzysząca poznawaniu nowego ciekawość, co wnosi owa zmiana jest - przynajmniej u mnie - bardzo częsta.

The Vandermark 5 jest zespołem, który doskonale wpisuje się w ten schemat. Słucham go od lat, od lat lubię, oglądam koncerty na tyle, na ile tylko mi jest to dane. Ostatnio, niestety przymusowo, zmienił się ponownie nieco skład tego zespołu, albowiem chorego Jeba Bishopa zastąpił Fred Lonberg-Holm. Nie tylko zatem zmianie uległ skład personalny, ale także i instrumentalny. Pierwszemu koncertowi, który oglądałem w tym składzie, towarzyszyła zatem olbrzymia ciekawość - czy i co uległo zmianie skutkiem najradykalniejszej zmianie w łonie tego zespołu: puzon zastąpiony został wiolonczelą; instrument zadomowiony w jazzie od samego jego zarania - instrumentem, który wciąż do muzyki tej przebić się nie może. Właściwie to nie koniec zmian. Vandermark, który dotychczas głównie grywał na saksofonie tenorowym, przynajmniej podczas krakowskich koncertów porzucił ten instrument dla barytonu. Tyle zmian dających się zauważyć gołym okiem. A uchem?

Wtorek, około 20.00 po krótkiej zapowiedzi Marka Winiarskiego, wchodzą na scenę. Pierwsze takty, pierwsze brzmienie przesterowanej wiolonczeli przywodzi pamięć o pierwszych nagraniach The Vandermark 5, jeszcze z czasów, gdy Jeb Bishop grał na gitarze. Złudzenie? Poniekąd.

Po dwóch dniach spędzonych na krakowskich, alchemicznych koncertach myślę, że mogę pokusić się na pewne podsumowanie.

Muzyka obecnego The Vandermark 5 to z jednej strony konsekwentne rozwijanie formuły tego zespołu. Z drugiej, nowe koncepcje, czy też podejście do muzycznej materii prezentowane obecnie przez Vandermarka każe się zastanowić, czy też nie jest to już zupełnie nowa jakość. Choć przecież, również w zeszłym roku, co zostało udokumentowane na wielopłytowym wydawnictwie Not Two, wystąpił już przynajmniej zaczątek takiego myślenia.

Cóż zatem jest nowego w muzyce zespołu? Podejście do muzyki. To, czego zalążek był widoczny podczas zeszłorocznych koncertów, staje się chlebem powszednim dzisiejszego The Vandermark 5. Myślę, że Ken Vandermark próbuje - i czyni to coraz bardziej udanie - stworzyć pewną nową jakość w muzyce. W sumie nawet nie nową, bo podobne poglądy były już prezentowane wcześniej, a także niektórzy muzycy próbowali wcielić je w życie, tyle, że The Vandermark 5 czyni to w sposób bardzo udany. Cóż to za nowość? Wydaje mi się, że obecna muzyka zespołu jest doskonałym wymieszaniem niemal wszystkiego, co tylko w muzyce da się przeciwstawić i wymieszać. Naprzeciw siebie postawiona jest zatem kompozycja (w sensie notated music) i improwizacja. Ta muzyka próbuje jednocześnie być skomponowana (i w znacznej części jest), z drugiej zaś dać swobodę improwizacyjną. Na to wszystko nakłada się to, co niekiedy nazywane jest structured improvisation. Śledząc tę muzykę na żywo możemy zatem uczestniczyć w procesie jednoczesnego tworzenia, komponowania, improwizowania i aranżowania muzyki w czasie rzeczywistym. To jednakże tylko jeden aspekt The Vandermark 5, albowiem w podobny sposób Ken podchodzi do samej muzyki, jako tworzywa, które stanowić może podstawę do owych przekształceń, o których wspomniałem. Otóż, obok siebie w muzyce zespołu pozostają i swing, i modern jazz w klasycznym rozumieniu tego terminu, i bebop, a także free, free improv i współczesna kameralistyka, pojawiają się także elementy właściwe muzyce rockowej. Nawet improwizacja używana przez muzyków potrafi pochodzić z różnych światów, bowiem obok typowo jazzowej, pojawia się improwizacja o klasycznym, a niekiedy nawet rockowym rodowodzie. Jeśli dodać do tego, że także poszczególne elementy, czy partie muzyczne nawet w jednym utworze, przynależeć mogą do różnych stylowo światów - właściwie nie istnieje muzyka, która nie zostałaby przez The Vandermark 5 wykorzystana i twórczo przekształcona - to z całości tworzy się obraz czegoś, co albo jest najbardziej progresywnym podejściem do jazzu, albo po prostu Nową Muzyką.

Karkołomne zamierzenie, wykonywane jest przez zespół z niesamowitą wręcz perfekcją i lekkością. Lata wspólnego grania (przecież nawet nowy członek zespołu nie jest pozostałym muzykom nieznany) procentują niesamowitym zrozumieniem i - powtórzę - perfekcją, niesamowitą, wręcz nieludzką, absolutną...

Co zatem można dodać jeszcze - w zasadzie nic - kolejne dwa dni wspaniałej dla jazzfana uczty przeszły do historii. Zgodnie z zapowiedzią Marka Winiarskiego i Kena Vandermarka - na całe szczęście możemy liczyć na więcej. Na całe szczęście także w "Alchemii", bo oprócz kapitalnej akustyki, sami muzycy twierdzą, że gra im się tutaj wyśmienicie. W sumie nic dziwnego - mają już tutaj swoją publiczność.


Paweł Baranowski, DIA PA ZON.

Patronat
medialny
 Stała
współpraca
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.