 |  | Idę co dzień do tramwaju tymi samymi ulicami, Szeroką, Ciemną, potem przez plac Nowy i Meiselsa, i rozpaczliwie szukam chociaż jednej nowej plamy na murze, kawałka kamienia, tynku, starej deski, której dotąd nie zauważyłam. Mijam stragany na placu i pozdrawiam baby, które już mnie znają, wiedzą, że kiedy idę w tę stronę, to niczego nie kupię, że nie warto wymachiwać za mną bukietem tulipanów albo żonkili, podnosić wysoko słoika z prawdziwą śmietaną albo w dwóch dłoniach obracać nad głową rumianych jabłek. Jutro będę wracać po dyżurze, a wtedy nie będzie trzeba mnie namawiać, u każdej z nich coś kupię (...)
Koło baru Endziora na plastikowych krzesłach siedzi dwóch robotników. Obsypane tynkiem ubrania, w brudnych dłoniach bułki i widelce, na stole tłuste golonki. Widelce zawisły w powietrzu, głowy obróciły się w moją stronę, szczęki ruszają się powoli, oczy wlepione w moje nogi – od ich strony mam rozcięcie w spódnicy. Pomacham im może, albo nie, lepiej nie, nigdy nie wiadomo, czy się uśmiechną, czy wyrzucą z siebie jakiś obleśny wrzask albo gwizd. Ten po prawej ma taką ciepłą twarz, jednak pomacham.
Uśmiechają się.
Słońce, to po prostu słońce tak wpływa na ludzi.
Pod „Alchemią” przy stolikach tłoczno. Ależ tam musi być gorąco, ta ściana prawie od świtu zalana jest słońcem. Przy pierwszym stoliku Darek i Maciek, już pijani, a może jeszcze nie wytrzeźwieli od wczoraj, kto ich tam wie. Pewnie któryś z nich sprzedał obraz i teraz przez kilka dni będzie bal. Pewnie tęsknią za nami, tęsknią za Tobą, lubili z Tobą popijać. Wciąż mam ten obraz Maćka, który namalował dla nas, dla Ciebie i dla mnie, tylko Ciebie już nie ma...
Ciebie już nie ma.
Nie zatrzymam się przy nich, to nie ma sensu, nawet nie rozmawiają, siedzą z pochylonymi głowami nad piwem. To słońce ich rozkleiło, pewnie zaraz pójdą spać, a wieczorem znów się zacznie. Idę dalej, Meiselsa, kawiarnia bez nazwy, dziewczyna w półprzezroczystej sukience rozkłada na stolikach kieliszki z przyciętymi na krótko tulipanami i żonkilami, śliczna, uśmiecha się do mnie przez szybę, czy ja ją znam, chyba nie, jakaś nowa. Czy ona ma majtki? Chyba nie ma. O czym ja myślę? Zupełnie jakbym szła z Tobą. O czym ja w ogóle myślę? Słońce...
Sklep żelazny na rogu, zapach oleju, teraz skwerek przed przystankiem, duży, brązowy pies robi kupę na wyleniałym trawniku, ten sam co wczoraj, ten sam trawnik, ten sam pies, ten sam starszy pan w jasnym kapeluszu, nic się nie zmienia, zupełnie jak we własnej łazience, gąbka tu, papier toaletowy tu, mydło tam, ręczniki na wieszakach, lustro po lewej, pralka po prawej. Duszę się, duszę. Muszę gdzieś wyjechać na kilka dni.
Marek Soból
fragment powieści Mojry
WAB 2005
|
|  |  |
|