Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym  -  koncerty, kino, teatr, galeria
W serwisie
 English version      
 Strona główna 
 Koncerty, wydarzenia 
 Wiadomości 
 Archiwum 
 Galerie 
 Multimedia 
 Ludzie 
 Wywiady 
 Kontakt 
 Newsletter 
 Sklep (nowe!!!) 
Inne galerie
RESONANCE
Dva w Alchemii
Koncert Vandermark&Daisy Duo
KROKE & SŁAWOMIR BERNY
MECENASI ORAZ PATRONI MEDIALNI FESTIWALU KRAKOWSKA JESIEŃ JAZZOWA
Galeria: Brunon Bierżeniuk o Krakowskiej Jesieni Jazzowej
Relacja z koncertu Ensemble 56, 3 grudnia 2009
Ostatni koncert IV Krakowskiej Jesieni Jazzowej w Alchemii spowodował, że łza zakręciła się w oku. Było tak dobrze, że żal serce ściskał, kiedy docierało do człowieka, że to już koniec.
Atilla Dóra przywiózł ze sobą dwa bezcenne instrumenty: zbudowany w Rosji w 1927 roku saksofon barytonowy oraz sensacyjny saksofon altowy Conn Lady Face, który należał kiedyś do samego Charliego Parkera. Mieczysław Górka zwiózł rozbudowany zestaw perkusyjny, pokaźną ilość talerzy, rozłożył stolik z całym arsenałem instrumentów ludowych. Przeraził mnie z początku ilością tych różnych podzespołów. Rafał Mazur zasiadł wygodnie wraz ze swoim unikatowym egzemplarzem basowej gitary akustycznej zbudowanej dla niego przez znakomitego lutnika Jerzego Wysockiego.

Pierwsza improwizacja wprowadziła nas w klimat medytacyjny. Ukazała również mocno rozwiniętą wrażliwość na strukturalizm, fakturę, atmosferyczność kompozycyjną. Między muzykami czuło się bardzo dobrą komunikację pozawerbalną, jak również wspólną świadomość kierunku, w jakim chcą podążać. Na zawsze zapamiętam wstęp do drugiej, którą zapoczątkował długi fragment solowy Mieczysława Górki.

Powoli, niczym z głębokiej jesiennej mgły, wyłaniać się począł zbiór dźwięków, które klimatycznie skojarzyły mi się natychmiast z czymś w rodzaju pogańskiego kultu, rytualnego spotkania współplemieńców. Dobywszy coś, co wyglądało jak fragment przewodu wentylacyjnego rodem z Cepelii, Górka mruczał swoje mantry brzmiące jak zaklęcia kierowane do świata duchów z błagalną prośbą o powodzenie i dostatek. Poruszał przy tym drewnianymi kołatkami, co podtrzymało tylko poprzednie wrażenie. Pojawiły się również pogwizdywania wywołane wymachiwaniem plastikową rurką, a nawet ćwierkanie drewnianego ludowego ptaszka. Ten osobliwy foniczny kolektyw zahipnotyzował swoim klimatem.

Nie zapomnę również tego, co zagrał Dóra na swoim barytonie. Był to sonorystyczny, ciągnący się do niesamowitej długości, kontrolowany poprzez technikę oddechu cyrkulacyjnego pojedynczy dźwięk, który swym brzmieniem skojarzył mi się od razu z noiseowymi gitarowymi kapelami, w których to zasłuchuję się do dzisiaj. Doprawdy miły ton dla mego ucha!!! Po pierwszej minucie czegoś takiego pomyślałem: „no pięknie”, ale on nie przestawał! Minęła druga, trzecia, siódma, a saksofonista nadal nieprzerwanie produkował swoją płynnie zmieniającą się w rejestrach ścianę dźwięku! Chociaż jest to technika dość powszechna w świecie awangardy i praktycznie na każdym koncercie można przyłapać jakiegoś saksofonistę na tym patencie, polegającym na kumulacji powietrza w płucach, przeponie i policzkach i na synchronizacji wydychania go z tych źródeł z równoczesnym pobieraniem nowej partii nozdrzami, rzadko zdarza się by cały utwór skonstruowany był tylko z tej jednej metody. Tymczasem Dóra stał z boku i dął w ten sposób przez dobre dziesięć minut! Podczas tej konkretnej improwizacji nie zagrał już niczego innego.

Rafał Mazur bardzo sprawnie budował kolejne fazy toczącej się historii. Jeżeli chodzi o klimatyczność był kimś, kto najskuteczniej prowadził cały zespół w określonym kierunku. Ciekawym efektem był fakt korzystania z basu akustycznego, ponieważ dzięki temu pochody basowe były bardziej selektywne i można było rozeznać się w jego koncepcjach z dużą łatwością. Nie ograniczało się to do typowego dla kontrabasu niskiego pomruku. Basista oparł się pokusie skorzystania z uciechy, jaką dają niezliczone efekty gitarowe, które można by było sobie podpiąć. Zespół grał akustycznie, bez żadnych wspomagaczy z wyjątkiem nagłośnienia dla Mazura, a równocześnie, głównie dzięki Górce, brzmiał bardzo różnorodnie, bogato i ciekawie. Podobnie jak w przypadku innych okazji podczas tegorocznego festiwalu, czas upłynął niezwykle szybko. W perspektywie nadchodzącej zimy Ensemble 56 rozgrzał nas na kolejne dwa miesiące. Ostatnim programowym koncertem miał być występ tercetu Marcina Wasilewskiego w Centrum Manggha, trzy dni później. Biorąc pod uwagę przestrzeń estetyczną, po której porusza się jego formacja osobiście uznałem alchemiczny koncert za ostatni. Prywatnie więc koncert Ensemble 56 był ostatnim, zamykającym koncertem IV Krakowskiej Jesieni Jazzowej. Było to godne zakończenie, przywołujące najlepsze skojarzenia, umożliwiające radosną konkluzję odnośnie całej imprezy.

Brunon Bierżeniuk


fot. Jan Witkowski,


jw-i@wp.pl



 
 
 
 
 
 
 
 
 
więcej »
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c.
Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione.