  |  |  |  |  | Wycieczki po Kazimierzu Zbyluta Grzywacza. Artykuł napisany w 2002 roku.

Wiedzieliśmy wtedy, że marzenia o Paryżu pozostaną nimi do końca, było oczywiste, że nigdy się tam nie dostaniemy - pozostawała lektura, filmy, reprodukcje. To dzięki nim staliśmy się bezpaszportowymi obywatelami Paryża. Skoro nie można tam było pojechać, można było Paryż w marzeniach ściągnąć tutaj; jego namiastką była nowonarodzona Piwnica pod Baranami. Kiedy niemal co noc wracałem stamtąd na Krakowską przez śpiący Kraków, zbliżałem się do mojego, zbudowanego z marzeń, Montmartru. Czułem się artystą, miałem za sobą pierwsze wystawy w Piwnicy z Wieśkiem Dymnym i Ryśkiem Horowitzem. Najtańszy z jaboli - "Flisak", który podgrzewało się z goździkami w piwnicznym barku nazywaliśmy grogiem, najtańszą z wódek absyntem.
Kazimierz nadawał się znakomicie na miasto sztuki. Biedny i brzydki, opuszczony przez prawowitych mieszkańców, cieszący się niegdyś i teraz złą reputacją, przepity i skurwiony, mógł przygarnąć na swoich zaplutych i śmierdzących wódą ulicach artystów, bo jedynie oni potrafiliby być z niego dumni; dla innych mieszkać tutaj byłoby dyshonorem. Tylko to miejsce mogło się stać krakowską quartier des artistes, to była dzielnica otwarta na zmiany, materiał, który można było kształtować, miękki i podatny jak glina. Miasto o niegdyś wyrazistych, teraz zatartych rysach twarzy, miasto, które czekało na odrodzenie, ale ani jako rekonstrukcja, ani nowa budowla. Trudno zbudować marzenie od podstaw - łatwiej na ruinach. W czasach Akademii lubiliśmy malować na starych obrazach przetartych bielą cynkową z pokostem. Nowe gładkie płótno onieśmielało i było zupełnie bierne; stare, z przebijającą tu i ówdzie farbą, jej kolorem i materią uczestniczyło w malowaniu, coś podpowiadało. Kazimierz, to było płótno, na którym ktoś już malował. Odszedł nie z własnej woli, farba złuszczyła się, domy rozsypały, świątynie obumarły, cmentarze zarosły trawą.
 | | Cmentarz żydowski przy ulicy Szerokiej. |
Montmartre, Wzgórze Męczenników, niedwuznacznie kojarzył się z kazimierską martyrologią; żydowska część Paryża mieściła się na dawnych bagnach, marais, w dzielnicy o tej nazwie; malaryczne było od zawsze powietrze zbudowanego na podmokłych terenach Kazimierza, niegdyś wyspy odciętej od Krakowa Wisłą, a od Zabłocia i Ludwinowa jej wąziutką odnogą, Zakazimierką. Syf i malaria - tak mówiono w Krakowie o przedwojennym Kazimierzu; na trotuary Miodowej, Berka Joselewicza, Brzozowej wylegały o zmroku kolorowe i pachnące larwy, jak na paryskiej St. Denis i St. Martin.
Zbylut Grzywacz |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |