  |  |  |  |  | Wycieczki po Kazimierzu Zbyluta Grzywacza. Artykuł napisany w 2002 roku.
 Włóczyłem się po Kazimierzu w jesienne, słoneczne popołudnie i robiłem mu zdjęcia. Targowy zgiełk oddalił się już z Nowego Placu, było pusto, upalnie, sennie. Kiedy fotografowałem ceglany okrąglak na środku placu, usłyszałem: kierowniku, tu rób, nas zdejmuj, nie cegły. Między opustoszałymi straganami czterech mężczyzn i jedna kobieta. Podchodzi jeden: nie gniwej sie kierowniku, grzeczneśmy som, ale w potrzebie.
- Idze, idze, bajoku, co się mam gniwać, tyż z Kaźmirza jezdem. Ile wam brakuje?
- Ile uzbirasz. Poszukej.
- Masz piontke, wincy nie moge.
- Daj Boże zdrowie, kierowniku.
- Wam też. Poszedem a oni sie zostali z tą piątką. Coś se pewnie za nią kupili, nawet wiem co - pani Wandzia, co sprzedawała kiedyś na Placu koninę, niedawno otworzyła sklepik "Piersióweczka i fajeczka". Taki już ze mnie krześcijanin, że lubie bliźniemu pomóż.
Sobie też lubię, więc poszedłem na piwo do "Alchemii" na rogu Nowego Placu i Estery. Jacek Żakowski, niegdysiejszy sprzedawca win, który kilka lat wcześniej prowadził całkiem udaną restauracyjkę pod arkadami na Krakowskiej i był współwłaścicielem teatru Buckleina na Lubicz, otworzył przed rokiem z Olkiem Wityńskim "Alchemię", która od razu, podobnie jak starszy o kilka lat "Singer" na rogu Placu i Izaaka stała się jednym z najbardziej znanych, lubianych i obleganych w Krakowie kawiarniano-piwnych miejsc, a w dodatku, jak przeczytałem w którejś z gazet, dosłużyła się miana miejsca "kultowego".
 | | Alchemia z dawnych lat. |
Kultowe, nie kultowe, piwo w upał przyjemna jest rzecz. Przez otwarte drzwi patrzyłem na okrąglak i myślałem o czasach kiedy widziałem go w wyobraźni jako pomniejszoną replikę słynnego "Ula" - paryskiej siedziby artystów pierwszego ćwierćwiecza XX-tego wieku na Montparnasse; La Ruche zastąpił Bateau-Lavoir w czasie, kiedy Montmartre zatracił już autentyzm i stał się dzielnicą turystyczną. Wyobrażałem sobie kazimierski ul z jego sklepikami wokół i jatką w środku jako zespół pracowni i galerii z wielkim atelier malarskim w centralnym, posiadającym górne światło, okrągłym pomieszczeniu. To było z końcem lat pięćdziesiątych, kiedy po upadku socrealizmu zaczęliśmy się karmić sztuką nowoczesną i egzystencjalizmem importowanym z Paryża, piosenkami Piaf i Brassensa, francuską literaturą, poezją i dramatem, filmami René Claire'a i Marcela Carné. Stolicą sztuki był wciąż jeszcze Paryż; w każdym razie dla nas, studentów Akademii, to było oczywiste. Tam przecież wciąż jeszcze żył Picasso, Braque i Matisse i tam pół wieku wcześniej malarze najrozmaitszych narodowości układali swoimi artystycznymi fanaberiami rozmigotaną mozaikę École de Paris. Z Montmartru i Montparnassu tamtych czasów docierały do nas wezwania by dołączyć do ponadnarodowego cechu malarzy, do peintres maudits. Artystyczne dzielnice Paryża były wymarzonym pejzażem, w którym chciało się żyć. To była wizja absolutnej wolności ofiarującej prawo do bycia sobą - trzeba było tylko wchodząc tam nauczyć się wypijać wszystko do dna: miłość, sztukę, wino i nie bać się zamieniać nocy na dzień, nie obawiać się szaleństwa.
Zbylut Grzywacz |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |