Nawet kiedy spała, przykryta szczelnie pierzyną nieczucia i niemyślenia, nawet wtedy nie umiała się odkryć, nawet wtedy nie umiała rozchylić nóg, a rąk położyć to tu, to tam, na poduszce, i obok, tak, żebym mógł patrzeć na jej włosy pod pachami. Chciałem zobaczyć czy one tam są, czy ich nie ma, czy codziennie rano, albo co drugi dzień, goli je w sekrecie, być może po ciemku, oszalała ze wstydu, przerażona, że czyjeś oczy obserwują ją nieobojętnie, nawet jeśli to tylko jej oczy patrzące z lustra. Nie umiała nawet wysunąć stopy spod kołdry, jakby w tym swoim śnie, nie myślącym i nie czującym, mimo wszystko wiedziała, że te pięć palców i ukryte między nimi zapachy, i niespodziewana gładkość pięty, i te wszystkie zmarszczenia, i pagórki, i linie, i biały puch, że to wszystko może odebrać mi noc, że nie będzie chciał nadejść żaden inny sen, i będę się kotłował w pościeli, a jej bezwstydna nagość zamieni się w mój wstyd, gdy zrozumiem, że przegrałem i że musze się upokorzyć.
Pewnej nocy, wyjątkowo ciemnej i aksamitnej zrobiłem to, najdelikatniej jak umiałem, ale nie z delikatności, tylko z podstępności i chciwości moich oczu, odkryłem ją powoli, centymetr po centymetrze, aż w końcu pozostała niemal naga i mogłem patrzeć. W nieczuciu swojego snu zdołała jeszcze unieść dłonie i zasłonić piersi, ale tych dłoni było zbyt mało, aby mogły zakryć więcej niż mogą zakryć dwie kobiece dłonie, więc leżała tak bez piersi tylko, ale bez żadnej już tajemnicy. A ja patrzyłem na wszystkie jej sekrety i na jej pępek, który był środkiem wszechświata.
Zaraz potem odszedłem.
zdjęcie: Ewelina Niemczura, tekst: Marek Soból |