 |
| Klub Alchemia na krakowskim Kazimierzu, przy Placu Nowym - koncerty, kino, teatr, galeria |
 |
  |  |  |  |  | Opowiadanie
 Siedział przy barze cały wieczór. Przyszedł kiedy jeszcze było dość pusto i zamówił piwo. Sączył je powoli i co chwilę notował coś w małym notesie. Barmanka nie zwracała na niego uwagi.
Z czasem knajpa zaczęła się wypełniać ludźmi – jak to w piątkowy wieczór. Po zmroku nie było już nawet jednego wolnego miejsca. Tłumy podchmielonych osobników tłoczyły się w kolejce, jedni zamawiali piwo, inni drinki. Byli też tacy, którzy poprzestawali na soku. Tych barmanka nie lubiła najbardziej. Nigdy nie zostawiali napiwków.
Zamawiał kolejne piwa i zachowywał się bardzo spokojnie. Nie gapił się jej na ręce, nie zaczepiał jej. Nie odzywał się ani słowem, co jakiś czas, podawał tylko pustą szklankę i z uśmiechem wskazywał na nią palcem. Płacił i do każdego piwa dodawał niewielki napiwek.
Najdziwniejsze jednak było to, że co jakiś czas, przez krótką chwilę skrobał coś w swoim notesiku. Kiedy kończyło się piwo, kiedy dostawał nowe, kiedy ktoś przepychał się koło niego, kiedy rozlała na bar szklankę soku pomidorowego, kiedy wymieniała mu popielniczkę... Pochylał się na chwile, otwierał notesik i zapisywał coś, tak jakby po jednej linijce wpisywał do niego jakiś wiersz.
„Pisarz jakiś, może poeta” – pomyślała – „Pełno tu takich. Ten przynajmniej płaci.”
Patrzył w bok, gdzieś na świece i na butelki na barze. Gdy ktoś go zaczepił, nie odzywał się, uśmiechał się tylko łagodnie i bez słowa sięgał po notes.
Nad ranem knajpa zaczęła już pustoszeć. Zostało kilku gości zasypiających przy stolikach. Zaczęła robić remanent, spisywała wszystko na karcie z milionem rubryczek. Nie cierpiała tego ponad wszystko.
Facet wciąż siedział, ale był już bardzo pijany. Bełkotał coś cicho do siebie, wzdychał głośno, w końcu nie dopijając ostatniego piwa, wyszedł.
Wyszli też w końcu ostatni klienci, bar był zamknięty, nie mieli już tutaj po co siedzieć. Dwóch musiała obudzić. W sumie, wieczór nie był taki zły. Obeszła wszystkie stoliki, pozbierała puste szkło i brudne popielniczki, rozglądała się czy ktoś czegoś nie zostawił. Obok baru, przy stołku na którym cały wieczór siedział nieznajomy, leżał czarny notesik.
Podniosła go. Facet wyszedł już dobre pół godziny temu. Wzruszyła ramionami, zapaliła ostatniego papierosa. Przez chwile walczyła z sobą, ale jednak nie umiała się powstrzymać. Wzięła notes i otworzyła go. Czytała. Przewróciła kilka kartek. Potem znowu kilka. I jeszcze.
Na wszystkich stronach, starannie i niestarannie, małymi literkami i dużymi kulfonami równym pismem i rozmazanymi bazgrołami było zapisane tylko jedno słowo:
„nienawidzę”
„nienawidzę”
„nienawidzę”
„nienawidzę”
„nienawidzę”
Marek Soból |
|  |  |
|  |
  | |  |
 |
 |
 |
 |
Patronat medialny |  |  |  |  |  |  |  | |  | Stała współpraca |  |  |  |  |
|
 |
 |
 |
Wszelkie prawa zastrzeżone. Alchemia s.c. Publikacja i rozpowszechnianie materiałów pobranych z tej strony bez zezwolenia zabronione. |
 |